sobota, 5 października 2013

Zemsta wg Maliny M*

                                                                                   
                                                                           
 

    Obchodzimy Rok Fredrowski. Zacny hrabia Olo jest moim ulubionym dramatopisarzem, a dodatkowo kocham go za jego urocze i finezyjne obscena:

Zacny Fredro, to jest hrabia Olo,
Za miłosną optował swawolą.
Smacznie i dowcipnie
Rymował o 3pie,
A te chamy i tak to pie*dolą!

    Jeżeli uraziłem czyjeś uczucia lub zmysł estetyczny dosadnością tego limeryku, to serdecznie przepraszam, jednakże nauczyłem się tego od Mistrza!
    Najlepszym, moim zdaniem dziełem Aleksandra hr. Fredry jest komedia "Zemsta". Dla polskiej kultury ma charakter ponadczasowy jest tzw. ikoną i trwałym pomnikiem w historii polskiej literatury. Doczekała sie wielu adaptacji i to rękami mistrzów. Na początek adaptacja filmowa Arcymistrza Andrzeja Wajdy, w gwiazdorskiej obsadzie:

                                                                              

    Śląski satyryk Marian Makula paręnaście lat temu napisał libretto musicalu wg tej komedii, gdzie autorką muzyki była Katarzyna Gaertner, widoczna w ostatnim ujęciu tego klipu (w ciemnych okularach):

                                                                              
                                                                        

    Tyle tytułem niezbędnego wstępu. Pora na naszego gościa. Wspaniała i kochana Hania - Malina M* stworzyła niesamowicie dowcipny komiks, posługując sie przy tym perfekcyjną techniką z zakresu fotografiki komputerowej. Do Hani możecie dotrzeć tędy i owędy

    Skoro Naród cały, z zapałem wielkim, czytał Fredrę to i ja zapraszam swoich Przyjaciół na wspólne czytanie i oglądanie com w hołdzie Mistrzowi, z wielkim mozołem,  zmajstrowała.
Z pełnym uszanowaniem tekstu Aleksandra hrabiego Fredry.
Scenografia w oparciu o najnowszej materiały filmoteki polskiej.

Udział biorą:
Jan Vincent, Monika, Premier, Prezes, Govino, Stefan
Grzegorz, Antoni, Zizu, Becia , Elżusia, Enfant Terrible

 
SCENA PIERWSZA - akt pierwszy
Jan Vincent, Monika

                                                                                                           


Jan Vincent - zniecierpliwiony natarczywością

Ot, co powiesz, wszystko głupio. 
Ten mankament nic nie znaczy:
Wszak i u niej, co w ukryciu,
Bóg to tylko wiedzieć raczy;
I nikt pewnie się nie spyta,
Byle tylko w dalszym życiu
Między nami była kwita
************************************************
SCENA DRUGA - akt pierwszy
Prezes - monolog

                                                                                     

Prezes - z determinacją wskazuje na pałac



Kota przedam, pis zastawię,
A Donalda stąd wykurzę;
Będzie potem o tej sprawie
Na wołowej pisał skórze.
Lecz tajemne moje wieści,
Jeśli wszystkie z prawdą zgodne,
Tym, czym teraz serce pieści,
Najboleśniej go ubodnę.
 SCENA DRUGA - akt drugi
Prezes, Antoni
                                                                                          

Prezes - czytając wyrok komisji śledczej 


Co los spuści, przyjąć trzeba:
Niech się dzieje wola nieba.
Antoni - w dzikim zapale

Ha! - to Donald wisieć będzie.
Niech się dzieje wola nieba,
Z nią się zawsze zgadzać trzeba.
*************************************************
 SCENA TRZECIA - akt pierwszy
Premier - monolog
                                                                                 


Premier - zmęczony czwartą kadencją mruży wilcze oczy

Ja z nim w zgodzie? - Mocium panie,
Wprzódy słońce w miejscu stanie!
Wprzódy w morzu wyschnie woda,
Nim tu u nas będzie zgoda !

SCENA TRZECIA - akt drugi
Premier, Govino, Stefan
                                                                                                      

Premier - z uśmiechem na ustach jęczy w duchu

Diabeł nadał tryumf taki!
Coraz głębiej włażę w biédę.
W moim jeńcu mam rywala 
Przykro z bliska, gorzej z dala 
Tamten zamknie, ten zastrzeli 
A bodaj cię diabli wzięli!


Stefan -  głos dobiega zza sceny


Hej ! Donaldzie ! daj gwintówkę,
Niechaj strącę tę makówkę.
*************************************************
SCENA CZWARTA - akt pierwszy
Zizu, Becia
                                                                                  
Zizu - zdesperowany 

Więcej władzy ! Tylko tyle !

Co za koncept, u kaduka !
Pannom w głowie władzy tyle,
Bo dziś każda władzy szuka.
To dziś modne, wdzięczne, ładne,
Co zabójcze, co szkaradne ! 
Dawniej młoda panieneczka
Mile rzekła kochankowi:
„Daj mi, luby, kanareczka” 
A dziś każda swemu powié:
„Jeśli nie chcesz mojej zguby,
Więcej władzy ! daj mi, luby!”
********************************************************
 SCENA PIĄTA - akt pierwszy
Enfant Terrible
                                                                                      

Enfant - śpiewa na antykościelną nutę

Ha ! hultaje, precz mi z drogi,

Bo na miazgę was rozgniotę 
Nie zostanie jednej nogi 
A mam diablą dziś ochotę !
Wielu was tam? Chodź tu który !
Nie wylezie żaden z dziury ?
O wy łotry! o wy tchórze !
Jutro cały zakon zburzę!
 *********************************************************
EPILOG
Premier, Prezes, Grzegorek, Elżusia
Sufler - podpowiada z ukrycia


Czy nie byłoby sposobu,
Ustąpiwszy ze stron obu,
Zapomniawszy przeszłe szkody,
Do sąsiedzkiej wrócić zgody?
                                                                                     

Wszyscy - robią dobrą minę do złej gry


Niech się dzieje wola nieba,
Z nią się zawsze zgadzać trzeba.

                                              THE  END


    Nie będę komentował tej perełki, bo po pierwsze: pozostawiam to Wam , a po drugie: w wywiadzie z Hanią uzyskaliśmy dosyć wyczerpujących informacji, aby wyrobić sobie zdanie.
    Na koniec niespodzianka. Tu możecie zobaczyć pełną adaptację tego wspaniałego dzieła w reżyserii Antoniego Bohdziewicza i Bohdana Korzeniewskiego (pierwszy klip z listy):

                                        KLIK

    Do zobaczenia na naszych blogach, gdzie spotka Was zapewne jeszcze wiele nieoczekiwanych atrakcji!

                                                                               
                                               

poniedziałek, 30 września 2013

Wpuszczony w maliny...

      Coraz bliżej do gościnnego postu, który Wam obiecałem. No cóż, mam chyba dobrą rękę w wyborze mych blogowych ulubieńców i ulubienic. Autorka gościnnego postu to Malina M. Post ten poprzedzam wywiadem z mym Gościem, aby przybliżyć nieco jego sylwetkę, a także uzasadnić mój wybór. W mym przeszłym, lepszym życiu byłem także etatowym dziennikarzem w jednej ze śląskich gazet codziennych, więc przeprowadzanie wywiadów, to niemal już mój nawyk. Malina M na początku miała małe opory, co do tej „wiwisekcji”, jednakże, gdy przeczytacie jej odpowiedzi na moje pytania, to chyba stwierdzicie, że wybrałem cudownego gościa. Szczerość, bezpośredniość, lekkość i niesamowity wdzięk płynących słów, osobiście mnie powalają.

     Sądzę, że obecny tu Szanowny Komentariat da się wpuścić w maliny, tak jak to szczęśliwie zdarzyło się staremu Klaterowi.

Zatem do adremu:
                                             


    1. Mój nick Art Klater to fonetyczny zapis angielskiego wyrażenia „art clutter”, co można przetłumaczyć jako „artystyczny rozgardiasz” Jaka jest geneza Twego – Malina M.?

      Z moim nickiem sprawa nie jest tak prosta. Miałam aż trzy różne nicki. Pierwszy nick, jakim posługiwałam się na forach i blogach, to – "wstrętny liberał" .Taki prowokacyjnie przekorny nick. To były czasy, kiedy zaczynały wykluwać się terminy: "prawdziwy Polak", "prawdziwy katolik". A ja to niby kto?!

    Pierwszy blog, na który w życiu trafiłam, to był blog Lecha Wałęsy, Nie miałam pojęcia na czym blogowanie polega, naciskałam linki osób, które tam mądrze komentowały i tak trafiłam na blogi Tomasza i Krystyny, jak się potem okazało, dwójki polonistów. To oni namówili mnie na założenie własnego bloga, zaprotestowali jednak stanowczo przeciwko wstrętnemu liberałowi, Tomasz nadał mi nick Miła Liberałka a Krystyna nick Biruta, z połączenia tych dwóch stworzyłam sobie nick Biruta M Liberałka i pod tym nickiem pisałam kilka lat.

     Miałam blog w Onecie. To był taki trochę nietypowy blog, refleksje na temat życia pisane przez pryzmat historii fiołkowej świnki Violuni (emoticon) i świerszcza Waldemara. Na tym blogu nie poruszałam tematów politycznych. Pewnego razu trafiła do mnie miła starsza Pani, starsza o kilka lat od mojej Mamy. Zaprzyjaźniłam się z Panią, bo mam sentyment do starszych ludzi. I pewnie do dziś byłabym Liberałką, gdyby Pani owa nie trafiła na polityczny blog mojej koleżanki. Wtedy zaczęła się jazda. Pani wyczytała tam, że lubię Premiera Tuska. Epitety na temat mojej inteligencji to mały pikuś, Pani zaczęła mi pisać, że ją obrażam takimi wpisami, że lubiąc premiera pluję ma jej przeszłość powstańczą , każda moja, nawet najdrobniejsza, wzmianka o PO doprowadzała Panią do pasji.

     Przestraszyłam się. Nerwy w tym wieku to zabójca a czy ja nie mam dość własnych kłopotów, żeby brać na sumienie starszą osobę. Powoli przestałam pisać u siebie. Komentowania politycznego, na znajomych blogach, nie potrafiłam sobie jednak odmówić. Zmieniłam więc nick i zaczęłam świadomie robić błędy ortograficzne. Żeby trudniej było mnie rozpoznać wybrałam sobie najbardziej badziewiasty nick, jaki mi przyszedł do głowy czyli Malina a że Malin w blogosferze jak psów to dodałam sobie, do tego tortu, jeszcze dwie wisienki, czyli M i gwiazdkę - tak powstała Malina M*. Żeby uwiarygodnić postać po pewnym czasie stworzyłam nowy blog. Tytuł sam mi się narzucił - „w malinach” Blog miał być prowizorką. A że na świecie nic trwalszego od prowizorek to przyzwyczaiłam się i do nowego miejsca, i do nieszczęsnej Maliny . Po dłuższym czasie, jak już Pani zapomniała o moim istnieniu, przyznałam się wszystkim znajomym do mistyfikacji. Na blogach jestem więc teraz i Maliną i Hanią (to zdrobnienie od Anny, czyli od mojego prawdziwego imienia). Nawet, muszę przyznać, Malinę polubiłam.

                                                 



    2. Wiele osób, niezależnie od wieku, stwierdza: polityka mnie nie interesuje. Jak ty ustawiasz się do polityki jako społecznej aktywności?

      Polityka to jest coś, co mnie pasjonuje i wciąga już od dosyć dawna. Jestem, jak na kobietę, bardzo rozpolitykowana. Dyskutuję na forach i na fejsie, ale bezpośrednio nie biorę udziału w politycznej działalności. Uważam, że politykę musi się uprawiać z pasją, a co za tym idzie trzeba się jej poświęcić.

     Mam ważniejsze pasje, mój zawód pochłania mi wiele czasu i zapału a na dodatek jestem bardzo przywiązana do życia rodzinnego, właściwie to ono jest dla mnie najważniejsze. Nie da się pogodzić trzech rzeczy. Pogodzenie dwóch jest już rzeczą trudną a nie chcę, będąc do wszystkiego, być do niczego. Moja polityczna działalność ogranicza się tylko do pisania na politycznym blogu krótkich satyrycznych tekstów, ilustrowanych politycznym fotomontażem .

    Te fotomontaże to mój konik, przypadkowo, robiąc plakat, spróbowałam zmontować coś sobie. Teraz bawi mnie kombinowanie osób, miejsc i sytuacji i dobieranie do tego odpowiednich słów. Te moje polityczne fotomontaże, puszczone w wirtualny obieg, żyją swoim życiem. To mój wkład w politykę. Myślę, że żart i śmiech to mocna broń, zwłaszcza teraz, kiedy wszelkie granice słowne zostały przekroczone. Potwarz, obelga i oszczerstwo nie robią wrażenia, ale wyśmianie chyba jeszcze tak, myślę, że im delikatniejsze tym działa mocniej. Ale może się mylę.

                                                    



    3. Jakie są twoje ulubione beletrystyczne lektury?

     Ma być zgodnie z prawdą więc odpowiem bez owijania w modne, bawełniane ciuszki : książki do których często wracam i o których myślę w najdziwniejszych sytuacjach życiowych to: „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Mały Książę”, "Trylogia" Henryka Sienkiewicza, to te dobrze znane, z mniej znanych to „Rapsodia Świdnicka” Władysława Jana Grabskiego i przejmująca powieść Denise Legrix, „Taka się urodziłam”. Do tej książki wracam w często, pomaga mi wziąć się w garść i bez marudzenia pójść do przodu. Uwielbiam też kryminały Agathy Christie i Joanny Chmielewskiej. A poza tym, to ja jestem pies na poezję. Mistrz Gałczyński z jednej strony a Roman Brandstaetter z drugiej. O całym środku nie powiem, bo opowieści nie skończę.

                                                     



    4. Czy Twoje wykształcenie i wykonywany zawód rozwijają bezpośrednio Twój niewątpliwy literacki talent?

     Talent to zbyt wielkie słowo, prędzej zamiłowanie do pisania. Od małego uwielbiałam czytać, biegałam do biblioteki i znosiłam do domu, co się dało. Rodzice trochę studzili ten mój dziki zapał, bo oczy mam bardzo kiepskie … ale od czego spryt, latarka i kołdra.

     W szkole nie wybrałam jednak klasy humanistycznej, poszłam do matematyczno-fizycznej, bo to matematyka była dla mnie królową nauk, zresztą jest do dzisiaj. Teoretycznie powinnam nabawić się rozdwojenia jaźni latając z kółka matematycznego, na kółko polonistyczne, zahaczając po drodze o scenę i szkolny kabaret. Chciałam zostać reżyserem teatralnym ale doszłam do wniosku, że z czym do gościa, szans nie mam. Jedynym zawodem, jaki wtedy, według mnie, łączył przedmiot humanistyczny ze ścisłym, czyli polski z matematyką, to była architektura, a że rysować i fantazjować lubiłam od dziecka to zostałam architektem. Potem jeszcze trafiła się okazja urywania z pracy, kosztem wyjazdów na uczelnię, więc dorobiłam sobie podyplomowe studium z konserwacji zabytków.

     Zafascynowanie architekturą, a zwłaszcza zabytkami, przyszło dopiero kilka lat po studiach, kiedy zaczęłam samodzielnie projektować. Czy ten zawód rozwija moje zamiłowanie do pisania ? TAK - po trzykroć TAK.. Po pierwsze zabytki, zwłaszcza obcowanie ze z ludźmi, którzy konserwacją się zajmują. To zwykle pasjonaci o ogromnej wiedzy. Wyobraźcie sobie jak, współpracując ze swoim dawnym profesorem, chodzę po gotyckich piwnicach a on opowiada, opowiada, opowiada pięknym językiem. Dotykam wilgotnej, wapiennej zaprawy i widzę to, o czym mówi. Widzę ręce, które wyrabiają wielkie gotyckie, porowate cegły, widzę dłuto, które delikatnie wchodzi w kamień.

     Architekci często myślą obrazami a potem te obrazy opisują, z czasem coraz łatwiej dobrać słowa a wtedy „odpowiednie dać rzeczy słowo” sprawia przyjemność. Kiedy pracuję nad obiektem zabytkowym zaczynam od źródeł, czyli od historii. W archiwach, u Konserwatora Zabytków, można trafić na perełki. Po drodze wyczytuję więc i odnajduję niewiarygodne materiały, które aż proszą się o opisanie. Tak sobie czasem myślę, że taka, na przykład, mumia kota, umieszczona w suficie, nad łożem pani hrabiny, godna jest opisania. Czasem myślę sobie, że tyle ciekawych rzeczy w czasie projektowania odkryło się w zabytkach, że warto komuś o tym opowiedzieć, szkoda, żeby tak w niebyt pofrunęło. Warto zainteresować ale do tego nie wystarczy zwykłe podanie faktu więc staram się wprowadzić trochę humoru. Żeby ożywić nudne wywody , muszę też kombinować określenia, którymi da się obrazowo zastąpić określenia fachowe, usiłuję, za pomocą słów, obrazek techniczny, wektorowy, zamienić w plastyczną fotografię. Czasem może się udaje. To by było po pierwsze. Po drugie, to oprócz ratowania zabytków, tworzę projekty nowych, własnych obiektów, a przy tych projektach nie tylko rysuję i liczę, również piszę i to sporo. Opis techniczny liczy zwykle dwadzieścia do trzydziestu stron. Jest pisany językiem suchym, technicznym, bardzo precyzyjnym, ale jedna strona opisu jest odmienna. Jeden z punktów nosi tytuł „opis rozwiązania projektowego” przekładając na normalny język – „co poeta miał na myśli” W tym punkcie to muszę rozwinąć wszystkie swoje umiejętności pisania, żeby przekonać do rozwiązania, muszę często karkołomne słowne figury wyczyniać, żeby pogodzić rzeczy teoretycznie nie do pogodzenia, muszę tak opisać swoje „dzieło” by konserwator zabytków nie dostał zawału, pożarnik nie miał ochoty mnie zamordować a inspektor sanitarny, na wstępie, nie wyrzucił projektu do kosza i żeby wszyscy jakoś dali się przekonać do wzajemnych ustępstw.

     Uwierzcie – takie słowne lawirowanie i kombinowanie rozwija zmysł „pisarski” i z czasem „lanie wody” staje się coraz łatwiejsze. I jeszcze coś – mój zawód wymaga umiejętności sprzedania własnych koncepcji, bez tego nie da się w tym zawodzie istnieć. Pomijam przetargi, ale konkursu bez słownego roztaczania własnych wizji wygrać się nie da, innymi słowy bez „wprawek literackich” cieniutko by było.

     I wreszcie po trzecie – mój zawód wymaga umiejętności fotografowania. Robiąc zdjęcia techniczne czasem łapię w obiektywie jakiś moment, który mnie zachwyci , potem mój zachwyt ubieram w słowa. Ja jestem wzrokowcem często myślę obrazami, moje notki zwykle są komentarzem do fotografii, rzadko zdjęcia bywają ilustracją tekstu.

                                                     



    5. Czym jest dla Ciebie blogowanie (np. pasją,, odmianą życia towarzyskiego, po prostu zabawą itp.) i czego oczekujesz od swych komentatorów?

     Blogowanie to, z jednej strony, odskocznia od pracy i codzienności, przeniesienie w inny świat. Kiedy tak sobie popracuję nad opisem technicznym do projektu, jak w głowie zalęgną się dziesiątki terminów technicznych, jak zmęczy mnie uważanie na każde słowo i oglądanie go dziesięć razy, ze wszystkich stron, to mam ochotę wejść na blog i fruuuuuuu - odfrunąć w abstrakcję albo napisać wierszyk o pijanym płocie, albo zamyślić się nad poetyckim zdjęciem.

    Z drugiej strony - blog to świat, w którym spotykam przyjaciół, takie dopełnienie przyjaźni z realnego świata. Cieszy mnie poznawanie ciekawych ludzi, zaglądanie do ich świata przez dziurkę od klucza. Czasem przyjaźń idzie dalej i sobie pomagamy. To jasna strona wirtualnego świata. Poza tym – lubię zabawę słowem. Lubię też opowiadać o swojej pasji i do świata zabytków przyciągać, najbardziej opornych i najmniej do staroci przekonanych.

     A czego oczekuję od odwiedzających? Że się uśmiechną, kiedy piszę żartem, że przystaną na moment nad refleksją i podzielą się swoją myślą, że napiszą, co myślą o tematach kontrowersyjnych, pokłócą się ze mną, nawet, że mi nawtykają od naiwnych pensjonarek ale nie przejdą obojętnie. Jeśli to, co piszę jest obojętne to jaki sens pisania? Nie oczekuję, w żadnym wypadku, potakiwania ani zgadzania się. Świat jest ciekawy jak oglądamy z lotu ptaka i z żabiej perspektywy. Jest jeszcze ciekawszy kiedy te perspektywy się nakładają, wtedy patrzenie wprost staje się chyba i łatwiejsze i bardziej prawdziwe. Nie obrażam się za krytykę chociaż, przyznaję, jak lwica walczę o swoje. Nie wzruszają mnie wyznania typu „ty POwska mendo, żebyś zdechła” ale dotykają drwiny z wiary. Chociaż czasami jadę po bandzie, zwłaszcza w polityce, to nigdy nie robię pewnych rzeczy – nie drwię z wiary, nadziei i miłości ani z braku wiary, braku nadziei czy braku miłości.

                                               
 

    Tyle wywiad. Mam nadzieję, że obszerne wypowiedzi mego Gościa naładowały Was dobrą energią. Mam również propozycję, by już od teraz, w komentarzach, zwracać się bezpośrednio do Maliny M, bo chyba warto!!!

wtorek, 24 września 2013

Goście, goście...

    Powracam do zwyczaju, który prezentowałem na onecie:

                                                                                               
                                          artklater.blog.onet.pl



    Zapraszam zatem wszystkich chętnych, którzy gościnnie na moim blogu chcieliby zaprezentować swe posty. Mogą to być teksty archwiwalne, lub specjalnie na tę okazję napisane.
     Na onetowym blogu publikowali:

28 lipca 2007 - Ela Gruszfeld  

30 sierpnia 2007 – Owsianko



26 stycznia 2008 – Alinka

  7 kwietnia 2008 - Lady Basia Witwicka

 1 lipca 2009 - Pydzia

 8 lipca 2009 - Pydzia (tłum. Klater)

2 października 2009 - inesse

 3 marca 2010 – Sarmata



    Ponadto gościnny post umieściła tu Andante (dawniej Babcia Barbie), ale nie mogłem go jakoś odnaleźć. Tyle pamiętam, że był (za moją podpuchą, ofkors), że był skrajnie feministyczny i dotyczył tzw. manify. Niestety w mej mailowej rozmowie z Andante okazało się, że tekst jest nie do odzyskania , a szkoda!
    Ciekawy był również casus blogera Owsianko.  Przez pół roku udzielałem mu gościny i publikował swe literackie posty jako rezydent. Na tę formę jestem również otwarty, przede wszystkim dla tych blogerów, którzy z różnych przyczyn nie prowadzą własnego bloga, a jedynie komentują innych.
    Na dziś wybrałem z onetowego archiwum piękny post Pydzi. Publikuje na swym blogu wyłacznie po śląsku, co jest bardzo blisko memu hanysowemu sercu. Dotarłem do niej przez mego serdecznego przyjaciela, który obecnie prowadzi bardzo popularny i kultowy blog na onecie. Przyjaźń naszą utrwala to, że podobnie jak stary Klater jest rdzennym hanysem (zgadnijcie kto to?!) z krwi, kości i miłości.
    Pydzia pisze dosadną i soczystą ślaszczyzną, która w pełni oddaje specyficzną ślaską obyczajowość.
Przedstawiam zatem dwa archiwalne posty, w drugim bowiem pokusiłem się o tłumaczenie poniższego tekstu na język ogólnodostępny:

1 lipca 2009r.

    Pydzię poznałem niedawno… Od razu ją polubiłem! Nadesłała mi tekst, który dla mnie jest rewelacją!!! Tak pięknej śląszczyzny jeszcze nie czytałem!! Polecam Wam go z całego chamskiego klaterowego serducha!!!
                       

                         Geburstak, gorol i Ślonzoki




Ciotka Gustla zaprosiła cołko familia na geburstak! To mioł być ekstra fajer, bo ciotce pizło fufcich czyli 50 lot. Skuli tego na byzuch ciotka Cilka z onklym Jorgiym szpecjalnie z Niymiec przijechali. Taki fajer, to do kożdego kupa uciechy – idzie się dobrze pojeść, fest popić , poklachać o bele czym, no, i powspominać te lepsze downe czasy!!!


Ale nojwożniyjsze w tym dniu boło poznanie Nowego. Nowym boł szac  łod ciotkowyj cery. Starego szaca wszyscy mieli radzi. Synek łod nos, gryfny jak z łobrozka, a takie wice łosprawioł, że szło dostać lachkramfu, a brzuch jeszcze z tego boloł bez cołki tydziyń. Pszoli my mu wszyskie. No,  ale cosik się młodzi pochatrusili i stary szac przestoł być naszym szacym. Terozki prziszło nom czekać na Nowego. Ciotka z onklym go jeszcze niy widzieli,skiż tego niy poradzili usiedzieć na stołkach!!! Onkiel z tych nerwów, jak ino wloz, charknoł na gibko dwa sznapsy, a ciotka nasuła sie soli do kawy, bo tyż boła tako nerwowo! Godom wom, szpana choby u Hitchcocka,  a jak ciotka Ana sie kichła, to ujek Alojz omało hercszlagu niy dostoł. Młodzi na łobiod niy prziszli, mieli dziepiyro być na kawie. Łobiecali być na półczworto. Ciotka Ana ino godała po nosym:


- Aże już niyskoro, niyskoro!!!


Pydzia ino suchała,  wiela razy czajnik w kuchnie gwizdoł. Sąsiadka Ela, kiero ciotce pomogała, durch przistowiała ta woda i gasiła. W końcu pizło na sztyry, kiej  zaklupali do dźwiyrzy. Ciotka się zerwała,siadła nazod, juzaś się zerwała… Dźwiyrza otwar mały Michałek. Wleźli. Młodo Kaśka pedziała:


- Mamo,tato to jest Szczepan.


A guchy ujek Achim ryknoł:

- Jak? Szczepcio? A Tońko tyż prziszoł?


Nowy dopod ciotka i pado:

- Miło mi poznać, całuję rączki…


Ujek Alojz pedzioł Pydzi do ucha:

- A kaj„padam do nóżek”? !


Ciotka Gustla zbladła, ale się zebrała do kupy i pado:

- Jo tyżcie synek piyknie witom, siednijcie sie z 
 Kasią tam kole omy Rołzy.


A Nowy godo:

- Ja wiem, Rołza to Róża,  a co to oma?


Oma  Rołza  walnyła krykom i rykła:

- Oma to jo! Rołza tyżj o! Ta oma Rołza to jo! Babcia po waszymu!


W końcu wlazła Ela z tortą. Wszystkie się dźwigli ze stołków i ryknyli ciotce „Sto lot”!, wypiyli szampana. Po kawie ujhek pedzieli:


- Dobra, chopy, to rzadziolstwo już my wypili, to terozki dejcie coś do ludzi, !


No toż dostoł. Nowy tyż. Ale ino krziwo wejrzoł i pado:


- Ja, podziękuję, wódki nie piję.

- A co, ty synek, pijesz?

- Ja to bym się koniaczku napił. Ale jak nie ma…


Ujka Jorga aże to tromfło, że aż dźwigło:


- A ftoci giździe pedzioł, że ni ma? Tu wszysko je, wszysko! Dejcie mu ino tego koniaczku!


Mały Michałek szarpnoł ciotka Gustla za szaty i pyto:

- Ciotko,a tyn chop to gorol jes, pra?

Nawet guchy ujek Achim dosłyszoł:

- Ja,bajtel, mosz prawie, gorol cołkim pyskiym. No, ale gorol gorolym a geburstak ciotki geburstakiym.


Toż wszyscy bawili się jak trza. Ino biydny gorol niy za bardzo, bo naszyj godki blank niy rozumioł, wiców niy poradzioł spokopić, napić się niy chcioł, galertów, szałotu, preswusztu i bigosu skosztować tyż niy chcioł…


To niy boł piyrszy gorol w rodzinie, ale inksze jakosik gibko wleźli w naszo familio, serca i Ślónsk. A tyn niy poradzioł! Bezma niy chcioł. A z rynkom na sercu, my się wszyskie moc starali!!!  Pomału my się do niego przywykli, ino ujek Achim ciyngiym go napasztowoł i Szczepciym nazywoł!


Minoł rok. Zaś wszyskie prziszlido ciotki Gustli na geburstag. I juzaś Kasia z Nowym, kiery już niy boł Nowy! I zaź ta samo szpana, zaś wszyskie czekają… Narozki, jak niy dupną dźwiyrze! Wleciała Kaśka. Ujek Achim ryknął:


- A Szczepcio kaj?


A Kaśka na to:

- Kaj?Kaj? Ni ma, bo nachytoł!

- A co,wybroł się na ryby ? -  spytoł się ujek Achim.

- W tyta nachytoł! Co? Po ryju, ujek! Po gymbie, po pysku!!!

-Jezderkusie, biydny synek! A łod kogo?

- Łody mie.

-Dziołcha, bój się Boga, a za co?

- Bo tyn gizd skończył sztudiyrować i pedzioł , że jedzie do Anglii i jo mom tam jechać  śniym.

-Jezderkusie! – rykła ciotka Gustla i łoparła się ło byfyj.

- I co,pojedziesz? – zafrasowała sie moja muter.

-Muter,  za kogo ty mie mosz?! Jo się urodziła na Ślónsku, pra?!!!

- Pra!!! -  ryknyli wszyscy.

-Miyszkom na Ślónsku, pra?

- Pra!!!

- I, do pierona kandego, chopa byda miała ze Ślónska i na Ślónsku umra i dejcie mi świynty spokój.


A ujek Achim spytoł: 

- To co z tym Szczepciym,  toż przidzie łon  eli niy?!

- Niy, ujek ,niy przidzie. I Tońko tyż! !!!


A na to ujek Alojz :                                     

- I padoł do nóżek już tyż niy bydzie… - i ciepnąl mi gupio macha!


I tak to stracioł się nom z łoczów gorol, kiery nos niy chcioł. A Kasia i tak wziyna sie za chopa inkszego gorola, ino, że tyn nos richtich chcioł i to je po prowdzie gryfny synek. A my wszyskie mu pszajymy!!!



8 lipca 2009 r.



         Idąc na przeciw Waszym sugestiom, postarałem się o tłumaczenie tekstu Pydzi z poprzedniego, gościnnego postu. Przypominam jak trafić na pydziowy blog:


                     http://pydzia.blog.onet.pl
                       
                              Urodziny,przybysz i Ślązacy



Ciocia Gustawa zaprosiła całą rodzinkę na urodziny. To miała być super impreza, bo cioci stuknęła„Pięćdziesiątka”!  Z tej okazji,przybywając z samych Niemiec, zaszczycili solenizantkę swą obecnością ciocia Cecylia z wujkiem Jerzym. Taka uroczystość to wielka gratka – wystawne jedzenie, wykwintne trunki, jak i również okazja do plotek i wspomnień.

Gwoździem programu jednak było zapoznanie się z Nowym. Nowym okazał się aktualny oblubieniec ciocinej córeczki. Poprzedniego jej amanta wszyscy bardzo lubili,  bo to nasz ziomek, przystojny niczym gwiazdor filmowy, a miał ponadto niesamowity dar opowiadania dowcipów, że można było zachorować ze śmiechu, bo efektem jego talentu były zawsze przez tydzień obolałe brzuchy słuchaczy! Kochaliśmy go niezmiernie! Wskutek jednak pewnej scysji między kochankami, został odtrącony i przestał, niestety , przebywać wśród  nas. Pozostało zatem wszystkim oczekiwanie na Nowego. Ciocia z wujkiem tak byli tym podekscytowani, że aż trudno im było usiedzieć na swych miejscach, bo tak byli ciekawi jego widoku! Zestresowany wujek już w progu strzelił sobie na uspokojenie dwa szybkie, a ciocia  potraktowała kawę solą. Prawdziwy suspens niczym u Hitchcocka, bo jak ciocia kichnęła sobie, to wujek o mało co zawału nie dostał! Młodzi odpuścili sobie rodziny obiad, zamówili się na kawę, na godzinę 15.30. Ciocia Ania tylko mruczała pod nosem:
- Aże już niyskoro, niyskoro (robi się już późno, przyp. tłum.)!
Pydzia pilnowała czajnika, nasłuchując czy gwiżdże, a zaprzyjaźniona sąsiadka Ela, która ciocia poprosiła o pomoc, na przemian, to załączała kuchenkę, to wyłączała… Kiedy zegar wybił godzinę czwartą, rozległo się pukanie do drzwi. Ciocia wstała gwałtownie, usiadła i znowu wstała… Drzwi otwarł mały Michaś. Weszli. Kasia dokonała prezentacji:
- Mamo, tato, to jest Szczepan!
Przygłuchawy wujek gromko krzyknął:
- Jak? Szczepcio? A Tońko tyż prziszoł?
(imiona te nie są wybrane przypadkowo: Tońko i Szczepcio tobohaterowie bardzo popularnej audycji radiowej w przedwojennym Lwowie. Inna sprawa,że Lwowiacy najszybciej zaasymilowali się na Śląsku. Przyczyny były proste – wychowywali się w kulturze wielkomiejskiej i z racji przebywania pod zaborem austriackim obca im była germanofobia – przyp. tłumacza)
Nowy energicznie przywitał się z ciocią:
- Miło mi poznać, całuje rączki…
Wujek Alojzy szepnął konfidencjonalnie Pydzi do uszka:
- A kaj:  „padam do nóżek”?!
Ciocia Gustawa pobladła, jednakże szybko doszła do siebie i powiedziała:
- Jo tyż cie, synek, piyknie witom, siednijcie się z Kasią tam kole omy Rołzy.
A Nowy na to:
- Ja wiem, Rołza to Róża, ale oma? Nie rozumiem… Czy to ma coś wspólnego z prawem Ohma?!
Babcia Róża stuknęła głośno laską o podłogę i krzyknęła:
- Oma to jo! Ta Rołza to tyż jo! Oma Roza to jo! Babcia po waszymu!!!
Sytuację uratowała Ela wkraczając z imponującym tortem.Wszyscy powstali z miejsc, odśpiewali cioci „Sto lat” i spełnili toast szampanem. Po kawie wujek zaordynował:
- Dobra, chopy, to rzadziolstwo (tu: trunek niegodny mężczyzny – przyp. tłum.) to my już wypiyli, to terozki dejcie coś do ludzi!
Na stole od razu pojawiła się wódka i dla każdego kieliszek. Dla Nowego również. Nowy jednak zrobił kwaśną minę:
- Ja dziękuję, wódki nie piję!
- A co ty synek pijesz?
-  Ja bym się koniaczku napił, ale jak nie ma…
Wujka Jerzego strasznie to ubodło, że aż się podniósł:
- A fto, ci giździe pedzioł, że ni ma?! Tu wszysko je, wszysko! Dejcie mu ino koniaczku!
Mały Michaś szarpnął ciocię za rękaw sukni i pyta:
- Ciotko, a tyn chop to gorol jest, pra?
(gorolem pierwotnie nazywano na dziewiętnastoletnim Śląsku przybysza z gór. Potem określenie to przeniosło się na  wszystkich nie – Ślązaków, a szczególnie mieszkańców Zagłębia Dąbrowskiego! Przyjmowało ono często formę obraźliwą, a to w wyniku animozji podsycanych przez wszystkie aktualne władze: niemiecką,międzywojenną i komunistyczną, ale to już temat na osobny post – przyp. tłum.)
Nawet przygłuchawy wujek Joachim dodał swoje:
- Ja bajtel, mosz prawie, gorol cołkiym pyskiym! No, ale gorol gorolem, a geburstag ciotki geburstaskiem!

Impreza rozkręciła się na dobre. Tylko biedny gorol w ogóle się nie bawił – nie pojmował niczego z rozmów przy stole, nie śmieszyły go śląskie dowcipy, odstawił kieliszek, a nawet nie spróbował śląskich smakołyków: galaretki z nóżek, domowego salcesonu, sałatki ziemniaczanej itd. Gościliśmy nieraz przybyszów spoza Śląska, a każdy z nich umiał się jakość znaleźć i dostosować, a co poniektóry i polubić! Ten jednak był niereformowalny, chociaż obchodziliśmy się z nim jak z jajkiem i żaden go nie obrażał! Powoli przestaliśmy go nawet zauważać, tylko wujek Joachim nieco go zaczepiał, nazywając Szczepciem.

Minął rok. Tradycyjnie zebraliśmy się u cioci przy urodzinowym stole

i znowu to niecierpliwe oczekiwanie na Kasię z jej partnerem, który przestał być przecież Nowym. Nagle walnęły drzwi i wpadła Kasia.  Wujek Joachim gromko krzyknął:
- A Szczepcio kaj?!
- Kaj? Kaj?! Ni ma , bo nachytoł!
- A co, wybroł się na ryby? – zdziwił się wujek Joachim
- W tyta nachytoł, po ryju, ujek, po gymbie, po pysku!!!
(dowcip językowy polega tu na zbitce dwóch zwrotów, dosłownego:nachytać ryb oraz idiomu: nachytać w tyta czyli oberwać po mordzie, przyp.tłum.)
- Jezderkusie, biydny synek! A łod kogo?
- Łody mie!
- Dziołcha, bój się Boga, a za co?!
- Bo tyn gizd skończoł sztudiyrować i pedzioł, że jedzie do Anglii, a jo mom tam jechać śniym!
- Jezderkusie!- krzyknęła ciocia Gustawa i zachwiała się z wrażenia tak, że musiała się oprzeć o kredens!
- I co, pojedziesz? – zmartwiła się moja mama
- Muter, za kogo ty mie mosz?! Jo się urodzioła na Śląsku,pra?
- Pra!!! – głośno potwiedzili wszyscy
- Miyszkom na Śląsku, pra?!
- Pra!!!
- I do pierona kandego (śląskie przekleństwo – przyp.tłum.),Chopa byda miała ze Ślónska, i na Śląsku umra i dejcie mi świynty spokój!
Wujek Joachim dla pewności jeszcze spytał:
-To co ze tym Szczepciym, toż przidzie łon eli niy?
- Niy, ujek, niy przidzie i Tońko tyż!!!
Swoje trzy grosze wtrącił jeszcze wujek Alojzy:
- I padoł do nózek tyż niy bydzie… – spojrzał na mnie i skrzywił się w bardzo śmiesznym grymasie.
                I tak pozbyliśmy się gorola,który nas nie akceptował! Kasia poznała Najnowszego, też przybysza, wyszła za niego za mąż, a był to chłopak przystojny i przyjemny, tak że od razu podbił nasze serca!!!
           Dokonując tego tłumaczenia, pozwoliłem sobie nieco odejść od dosłowności ( wybacz Pydzio!), aby wzmocnić treść, natomiast dla potrzeb stylistyki dialogi zamieściłem po śląsku natomiast narrację i moje komentarze – w języku Mickiewicza i Wałęsy! Mam nadzieję, że ta forma jest lepsza i dostępniejsza dla zaprzyjaźnionych i zasiedziałych tu goroli płci obojga niż np. słowniczek!!! A zatem- miłej edukacji!!!


    I na koniec miła wiadomość. Po krótkich negocjacjach niebawem ukaże się, poprzedzony wywiadem, gościnnny post pewnej przemiłej Blogerki, z którą już zdążyłem się zaprzyjaźnić!

l