poniedziałek, 11 stycznia 2016

KA - CZA - CZA...

     Nastał nareszcie czas żniw dla satyryków niby w schyłkowym PRL. Na recitalach autorskich zawsze żegnałem publicznośc sakramentalną formułką: „Do zobaczenia w śmieszniejszych czasach.” Chyba sobie wykrakałem...

     Nieco mnie już nuży Kaczy Festiwal w mediach i necie, jednakże Jako Dyżurny Satyryk Blogosfery mam swoje elementarne poczucie obowiązku. Zatem raz a dobrze!

     Wyjątkowo dziś poświecę maksimum mej uwagi osobie Prezesa Kraju (ten tytuł najbardziej mi się podoba i rozczula!) i obym nie musiał do tego częściej wracać.

Proponuję wam komiks, który czytać można wg rewolucyjnej formuły Julio Cortazara – niekoniecznie po kolei i niekoniecznie wszystko.

     Mało tego, proponuję Wam szczególny rodzaj aktywności; Przysyłajcie mi, proszę, Wasze osobiście wyszukane w necie demoty, memy czy inne hecne obrazki lub klipy na temat zasadniczy lub peryferyjny. Niezwłocznie je tu opublikuję. Dziwię się sobie, że też wczesniej na to nie wpadłem?!

Jedynym możliwym sposobem jest tu droga mailowa:


INTRODUKCJA
                                                                               
                                                                           


EPIZOD PIERWSZY
Question: 

                                                                         



Answer:

                                                                            



 EPIZOD DRUGI:
Question:

                                                                           

Answer:


                                                                       
   

  ZAWIĄZANIE AKCJI:

                                                                        


AKCJA:

                                                                            




 KULMINACJA:

                                                                                





KIEPSKI FINAŁ:

                                                                              

FINAŁ ALTERNATYWNY LUB NIEUCHRONNY:

                                                                               

     To tyle z mej strony. Komentarzy do tych sytuacji oczekuję od Was. Poczty z obrazkami również...

Odwagi do dzieła!!!

Wiadomość z ostatniej chwili (wg arciwalnej piosenki kabaretu "Długi"):

 Hej tam w polu, pod lasem,

Uroniąc se łzę czasem,

Przez okienko dziewczę zerka,

Czeka na Zioberka.



Jego Trybunał uwiera,

A jej samotność doskwiera,

Pełna lodówka pierogów,

Lecz kraj ma przecież wrogów.



By być trendi i na czasie,

Dopie*dolić musi prasie,

Potem radiu, telewizji,

Dla naprawczej wizji.



Bo wrogowie KODują,

A sędziowie krew psują,

Bo czytają w gazety,

Gdzie lewackie bzdety.



Chyba głowie ma zamęt,

Może spisze testament,

Na tę chwile niedobrą

I poślednie ziobro.


 ***************************************************************
Mamy już pierwszy rysunek, do tego autorski, przysłany przez maradag :

                                        
 

 Dziękuję!
 

                                                                            
   Dołączam  kilka nowych memów, nadesłanych przaz mego starego blogowego kumpla i ziomka Wiesława   : 

                                             
                                                        Na szczycie szczytów


                                                                         
                                                           Asertywność inaczej


                                                                                  
                                                       Prokreacja reaktywna 


                                                                                

                                                       Pieski żywot


                                                                             
                                                                               
                                               "Chodzi mi oto, aby język giętki..."


Dzięki serdeczne, Wiesławie !
Czekam na dalsze perełeczki od Was...

I następna przesyłka od Mego długoletniego i wiernego blogowego Kompaniona - Leszka :

                                            


                                                Dudy smalone...                                 
                                      
                                                                           


                                          Ciemny lud to kupuje...


                                                                          

                                                           Mondo cane!
                   
                                                                          

                                              No comments (mem autorski Leszka).


                                                                             

                                      Myślą, ze myślą (mem autorski Leszka )
                                                                        

Kolejna przesyłka od stałego i  zaprzyjaźnionego blogera znanego i cenionego jako pkanalia :

                                              


     Jutro goszczę u siebie autora wiesiołka. Zapraszam. Dla zachęty jedna z jego fraszek:


 Dura lex, sed Lexus

Myśli miewam tak wszeteczne:
zderzak lub lusterko wsteczne,
błotnik, grill lub choćby koło,
by pokazać wszystkim wkoło,
że mnie stać, tak bez przymusu,
na drobinkę choć... Lexusu.
(14.01.2016)


sobota, 9 stycznia 2016

"...wy mnie wszyscy w..."

                                                                      


     Co do dzisiejszego postu, to zamiar miałem zupełnie inny. Chciałem nim rozpocząć cykl moich liryków, napisanych w latach 1982 – 2015. Oj, nie są one ani pogodne, ani lekkostrawne.
Walnąłem banię i zmieniłem zdanie. Mamy przecież karnawał, no to będzie przez jakiś czas hecnie.

     Aż do ostatków skorzystam obficie z materiałów na mój pierwszy tom wierszy zebranych p.t. „Drobiazgi satyryczne”

Na początku pastisz ostrej i dosadnej filipiki Juliana Tuwima:
(link do oryginału)

Piśki, peowce, kukiziory,
Petruki, rydziuki i korwinmikkory,
Mohercie, lewicje i prawiczki,
Feministuśki i sodaliczki,
Gminni prorocy, miastowe gizdy ,
Śledziennikarze i żurnalglisty,
Wieczni wszechpolscy pozoranci -
Bodnijcie wy mnie wszyscy w kancik!!!

                                                   


Natępny pastisz to uwspółcześniona wersja fraszki Mariana Załuckiego :
(link do oryginału) 

Wbrew wszelkim projektom,

Tak sprawa się bekła:

Dostał się Xiądz Director

Po śmierci do piekła.

Tu natknął się na Mefista:

- Och, Przewielebny! Orgietka a vista?!

A Xiądz mu na to:

- Supremus! Chętnie, lecz... po bożemu!

                                                    
                                                     


     Na dobry koniec hipotetyczny tekst piosenki, która ewentualnie mogłaby zdobyć Grand Prix na dowolnym Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Wszelkie transakcentacje, argotyzmy (ausdruki slangowe) i inne dziwactwa są tu perfidnie zamierzone:

Marzenie o innej dziewczynie

Marzy mi się taka inna dziewczyna,
Z romantyką zawsze byłem za pan brat
I śni mi się z nią przygoda, taka z kina,
Bo tam lepszy, kolorowy cudny świat!

Z taką laską pojechałbym, hen, daleko,
Taka nigdy nie poleci na mój hajs,
Z tego chlania o3pieję, ale czekam,
Drą się dzieci, śmierdzą śmieci, co za szajs!

Marzy mi się taka inna dziewczyna,
Co nie gada mi jak w bryce GPS.
Taka, co mi zawsze będzie przypominać,
Że i w bidzie, to mi idzie tak debest.

Takiej lasce to bym nawet zrobił dziecko,
Na tandecie skitrał gangol na nasz ślub.
Ale życie, lajwiz brutal, fajans, kiepsko,
No, to walę tanią harę w durny dziób!

 Po deszczu zawsze jest słońce, po nocy dzień, a po obiedzie kompot. Ty, tylko ty, na dzikiej plaży, gdzie wieczór mewy woła. Za poręcz będziesz miała moje ramiona, a za latarnię mój portfel, który poprowadzi cię schodami do nieba. Malęńka moja...

Gdy zapukasz znowu do mych drzwi,

Ja otworzę i nie powiem nic,

Tylko wezmę cię na ręce, aż się zmęczę.

Na kolacje zrobię bigos ci,

Na dvd puszczę taki film,

 Taki o nas, jak nam dobrze z sobą dziś!


                                             


     Na ostateczny finał zacytuję Wam bon – mot znanego klasyka amerykańskiej powieści sensacyjnej Jeffery Deavera:
„Gdzie kucharek sześć, tam się powinno je usmażyć. Na wolnym ogniu.”.

                                      



p.s. za niecały tydzień, 15 bm. ukaże się wywiad inicjujący post gościnny niejakiego wiesiołka, który niedawno jeszcze publikował m. in. świetne miniatury satyryczne na jednym z portali literackich; już dziś, Was, Najdrożsi, tu zapraszam;
na zachętę serwuję najnowszą fraszkę wiesiołka:

  Na wynalazcę

Wynalazca, pan Warszawski,
żoliborski, żaden praski,
co z trójkątów - taka szkoła,
robił kwadratury koła,
gdy mu owo całkiem zbrzydło,
skonstruował sobie szydło.

Miało przypominać skrzydło.
Widły, mydło i powidło.
Aby szydło się nie wygło,
zamontował szydłu śmigło.
Pewnie chyba "ku pamięci -
niech się święci". I się kręci.

(8.01.2016)

                                      

wtorek, 5 stycznia 2016

To przecież tylko poeta

                                                                              

                                                        Rafael Santi - Parnas

        W tę najmilszą dla mnie godzinę przedwieczorną, gdy rozkoszowałem się lekturą rubasznych acz finezyjnych ballad François de Montcorbier – Villon'a, popijając pinot noir demi sec, bez żadnego stuk – puk, rozwarły się drzwi na oścież i...
Wpadła do mnie niespodzianie, po dłuższej nieobecności w mych, nierzadko ubogich duchem, progach.
    Od razu poczuła się jak u siebie, tak  jakby tylko na chwilę zeszła do sklepiku, po chleb, mleko czy naszą ulubioną gazetę.
Prześliczna, wytworna i eteryczna:
 
Mademoiselle Veine,
la Princesse de L’ÉBLOUISSEMENT
(panienka Wena, księżniczka olśnień)
     Przegadaliśmy ze sobą cały długi dzień i niezmiennie za krótką noc, tak, jak to zwykły czynić dwie bratnie dusze, zadurzone w sobie nałogowo, notorycznie i bezprzykładnie.
     Na jej cudownym obliczu przemykały niczym spłoszone sarny, blaski i cienie. Smutek, zaduma, błyski kokieterii, woalki melancholii, oraz refleksy ukojenia, od przyzwalającego uśmiechu do ekstazy zasłużonego spełnienia...
    Rankiem spojrzała na mnie , spod swych cudownych rzęs, niezwykle poważnie i oświadczyła:
- Jestem przy nadziei...

            
                                                                  K L I K


 
        Jeszcze w starym roku odgrażałem się, ż nadaję memu blogowi bardziej konkretny profil. Cóż, słowo się rzekło.

     Żaden nadawca artystycznego przekazu nie może istnieć bez odbiorcy.
Wy właśnie, Moi Czytelnicy i Komentatorzy jako Odbiorcy będziecie w każdym moim przekazie dominantą, bo przecie pomnażacie byty mego dzieła, a praktycznie oznacza to, że to dzieło czyli wiersz, w sensie, rzecz jasna, duchowym, a nie prawnym, powoli, konsekwentnie i nieuchronnie przestanie być moją wyłączną własnością.
      Maszyny proste, w tym, na przykład pług, wynaleziono po to, aby zaspokoić głód chleba. Tkwiąca zaś w nas, od chwili naszych narodzin, poezja, potrafi zaspokoić głód miłości i piękna.

   Na koniec wysnuję taki osobisty wniosek, że dzięki swym czytelnikom, poeta może czuć się jak obdarowane dziecko. Nigdy ponoć nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo:

Malutki, lichy...

Gdzie mi do Schwartzeneggera,
Ach, szkoda słów?!
Bo ta jędza – nędza mnie rozbiera
Tak od stóp do głów...
W ręku same kwity, żaden fach,
Ekonomiczny łeb i małolitrażowy bak!
Szkoda czasu i uwagi,
Słony miód i słodkie maggi,
Nie do końca nawet gach!

Malutki, lichy i cieniutki,
Powolutki, no i krótki,
Tam, gdzie inni..., ach!
Ni do tańca taki, ni do wódki,
Na co ci to, takie ni to
Siak czy psiak?!

Czarną mi polewkę dają, co ja gadam?!
Przyjdzie na to czas i pewnie przyjdzie rada,
Kiedy wyjdę już na człeka,
Ty poczekaj, nie uciekaj,
Ja na razie – pas i spadam, pa!!!

                                           
        

                                                                        K L I K


      Rasowy poeta jest nadwrażliwcem. Z rzeczy banalnych potrafi zrobić prawdziwy klejnot, a szarość życia, niemal bezwiednie, ubarwi siedmiobarwną tęczą. 
     W moim pojęciu ta właśnie tęcza stanowi symbole nadziei i niepowtarzalnego piękna, tej specyficznej urody ulotnych i niepowtarzalnych chwil, które, niestety nie mogą trwać wiecznie. Mogą jedynie odradzać się w nowych postaciach, równie pięknych i ulotnych.

                                                                       K L I K    
          
                
                                                                         


  

                                                       



czwartek, 31 grudnia 2015

Noworocznie...

                                                                                  

     Po­wol­nym kro­kiem sta­ry rok 2015, ciekawy lub nieciekamy, w zależności od punktu widzenia czy rządzenia, od­chodzi z często nies­pełniony­mi obiet­ni­cami. No­wy zaś wkracza nam radosny z wi­wata­mi i fajerwerkami naiwnie nieświadom, że za rok podzieli los pop­rzed­ni­ka i też go pożegnamy z podobnymi mieszanymi uczuciami.


Bądźmy jednak jak najlepszej myśli. Nadzieja jest być może matką głupich, ale przy tym też cudowną kochanką odważnych.

    Podzielę się Wam Najdrożsi, moiją nadzieją i otuchą, serwując Wam tę oto balladę, ispirowaną jednym z najpiękniejszych starotestamentowych Psalmów Dawidowych:

                     W cienistej dolinie

W cienistej dolinie zła się nie ulęknę,
Za rękę prowadzi mnie ktoś
A imię to jego ukryte i piękne,
Choć znany powszechnie to Gość.
Cóż, uszy me ranią cymbały grzmiące,
Gdy perły rzucone przed wieprze,
To niby perfumy rozpylać na łące
I dawać idiocie na lepsze.

W cienistej dolinie piach mi myli kroki
W potokach wyschniętych na żwir.
Ni siać, ni zbierać, zapadać się w mroki,
Cień tkany w żałobny kir
Nie daje osłony, i złudnej ochłody
Jak okład lodowy na serce.
Jak ślubną obrączkę uronić do wody,
Jak gnój na z Lewantu kobiercu.

W cienistej dolinie smród mi płuca zwiera,
Zatruwa mi duszę na wskroś
I wściekłość gwałtownym przypływem się wzbiera,
Nadzieję mi mrozi na kość.
Choć światła kropelkę, choć kosmyk promienia,
By z cienia wynurzyć się wreszcie,
Na oddech niespieszny, na ulgę sumienia,
Wisienkę położyć na cieście.

Pan moim pasterzem i swym pastorałem
Zagania mi troski na stos.
Niech strawi je ogień płomiennym zapałem,
Niech w dym się obrócą i proch.
W cienistej dolinie niech stóp moich ślady
Przesłanie zapiszą dla młodzi,
Że cienie i blaski to oczka szarady,
Gdy sak zarzucony z łodzi.



         Z os­tatnią kar­tką ka­len­darza ob­fi­cie sy­pią się życzenia. Życzymy wszystkimy zdro­wia, jego ocalałych resztek lub świadomego jego pielęgnowania i rozwijania.      Natępnie, co podobno równie ważne, wza­jem­nie dokładamy jeszcze szczęście, miłość i wór pieniędzy!


                                       
                                  

     A ja Wam życzę tego właśnie wszystkiego, w od­po­wied­nich, rozsądnych i lekkostrawnych dawkach, w tym No­wym 2016 Roku !


DO SIEGO ROKU !!!

                                                                                         


                                        




czwartek, 24 grudnia 2015

A pokój na ziemi...

                                                                                


                           Pierwsza Gwiazdka

(gospel)



Pojedziemy razem do Betlejem,

Do Betlejem drogi szmat,

Niech się każdy ciepło przyodzieje,

Bo ta podróż długo trwa.



Zabierzemy bombki na choinkę

I słodyczy cały wór,

Uściskamy małą tam Dziecinkę,

Zaśpiewamy jak anielski chór.



U stajenki lichej, gdzie ubogi żłóbek,

Stary cieśla Józef wita nas,

Pachnie smakowicie skromny poczęstunek,

Nasze Dzieciąteczko Gwiazdkę ma!



Dzieją się tam cuda, cuda, cuda,

Osieł z wołkiem dają show,

Dzieciąteczko cieszy się i słucha,

Jak to goście zabawiają go.



Trzej królowie śmiesznie dokazują,

Pastuszkowie grają nam,

Nawet aniołowie przytupują,

Dzieciąteczko klaszcze z nami wraz!



Do stajenki lichej, gdzie ubogi żłóbek,

Przybywajcie tam na czas,

Aby szczery, miły, godny podarunek

Dzieciąteczku Kochanemu pod choinkę dać!


     Cudownych, pogodnych i magicznych Świąt oraz błogiego pokoju przy rodzinnym wigilijnym stole życzy Wam, Najdrożsi



Andrzej Skupiński – Art Klater

                                                     K L I K
                                                                                                                              

                                                                   
                                                                             

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Zmiany, zmiany

     Po długiej nieobecności powracam tutaj i obiecuję, że tym razem moje posty będą ukazywały się częściej.

Zachodzi także konieczność skonkretyzowania tematyki bloga. Przez jakiś czas będzie miał on charakter zdecydowanie literacki. Posty będą zawierały drobiazgi satyryczne, rasową poezję liryczną, przekłady z czterech języków (angielski, rosyjski, francuski i niemiecki) oraz wszelkiej maści parodie i pastisze.

     Częściej również będę tu publikował posty gościnne, co poszerzy zapewne grono Komentatorów.

     Skąd te zmiany?! Popadłem w konflikt z moderatorem jednego z portali literackich, który nie tyle zamknął mi usta, co „połamał pióro”. Moja asertywność nie pozwala mi, aby użerać się z jakimś niereformowalnym autokratą, arogantem i dyletantem, bo to leży poniżej mojej szpady!

    A oto zakwestionowany przez niego tekst, pastisz „Teatrzyku Zielona Gęś” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:



TEATRZYK TĘCZOWY PAW

ma zaszczyt przedstawić

moralitet p.t.

„Śmierć po polsku.”

DRAMATIS PERSONAE:

Śmierć (rdzennie polska, patriotyczna i większościowa)

Jewo Błagonadiożnost' Władimir Władimirowicz P. (no comments)



- Puk, puk...


- To ja, Polska Śmierć, przyszłam po ciebie, Towarzyszu Włodzimierzu!


- Wedle życzenia, Włodku!  Rak prostaty !!!



K U R T Y N A



     Zmiany te planuję, oczywiście, od przyszłego roku, zważywszy na obecny, szczególny przedświąteczny, a następnie świąteczny okres.

Serdecznie proszę Was, Najdrożsi, o opinie i uwagi dotyczące mej decyzji.



Szczerze Wam oddany

Andrzej Skupiński – Art Klater

niedziela, 1 listopada 2015

Nieobecnym inaczej...

                                                                               



    Dziś, w tym Dniu szczególnym zapalam świeczkę tym, którzy karmili mą młodą duszę, a umysł i ciało zbudowali na obraz i podobieństwo platońskich idei..

    To dzięki nim stałem się skończonym... artystą.

 
Powtórka z wypisów lirycznych

Nie za lekko ci było, nietęgo,
Drogi Mistrzu Adamie,
Marylka tyła po cichu
W nie twojej alkowie,
A czaru w niej było, szyku,
Ile rozdarty ma żagiel.
Nic już jej nie mówiło
Nazwisko: Spitznagel*!

Co wypiłeś, to twoje,
Bracie mój, Ildefonsie,
Nie lepiej było ci zostać
Przy hodowli gęsi?!
Darłbyś pierze zielone
I pieski świat rozpieśnił...
W buciorach na Księżyc twój weszli,
Twardowski się powiesił.

I cóżeś ty tyle zwojował
Wojaczku mój niebogi?!
Stróże prawa i jadła
Zażywali sjesty.
Ileś się, biedny, naszargał
I ileś sumień zaognił,
A dziś nie ruszy nikogo, niestety,
Metafizyka spodni.

Hej, Hłasko**, jak ci tam w chmurach,
Podąży kto za twym krokiem
I ty nic, Burso, nie wskórasz,
Złym karmią nas obrokiem.
Papier jedynie cierpliwy,
Odporny na gusła i gusta,
A starym naszym chciwie, łapczywie,
Łopoczą serca i usta.

Śnią im się ładne obrazki
Jak w pięciogroszowym kinie***,
Jak zaszuszone bławatki,
Jak kufel na pianinie...
W zadumie przy letniej kawie
Grzebią się w starych papierach,
Ciała im więdną łaskawie,
Choć dusza umiera.
_________

*Ludwig Spitznagel (1807 - 1827)- polski poeta epoki romantyzmu, orientalista, tłumacz, poliglota, przyjaciel Juliusza Słowackiego. W niewyjaśnionych okolicznościach, zmarł śmiercią samobójczą, strzelając sobie „prosto w serce”; legenda głosi, że to z powodu nieodwzajemnionej miłości.
**Marek Hłasko (1934 – 1969) wybitny polski prozaik; jego zbiór opowiadań „Pierwszy krok w chmurach (1956)” to ostra polemika z estetyką socrealizmu; moim skromnym zdaniem jego proza to czysta poezja.
*** W przedwojennej Polsce działaly tanie kina typu non-stop, gdzie bilet wstępu kosztował 5 gr.