środa, 19 kwietnia 2017

Rodzinna trializacja nad Indusem (industrializacja+); dedykacja

                                                                                         
                                                                         Especially dedicated to

                                                      Sir Absurd Duke of K'Lekhistan


Wasza Ekscelencjo, Sir Absurdzie Esquire!
     Jest mi niezmiernie miło dedykować Tobie ten post. Metrykalnie trochę się różnimy (dyszka z haczykiem), jednakże nasze pasje, upodobania, poglądy, temperament i poczucie humoru są prawie tożsame.
     W ostatnim poście zabiłeś mi klina dylematem trializacji   wg Juliana Tuwima.
Spróbuję ten dylemat rozwiązać, tak jak inni rozwiązują krzyżówki czy sznurowadła u butów.
     Popuśćmy zatem wodzów zapładniającej fantazji...

Wysoko, na niebiesiech, niespodziewanie pękł wypasiony cumulus, wskutek czego spadlo na ziemię trzech podejrzanych osobników: Julo, Kostek zwany Ildefonsem oraz Władek. Znaleźli się na bulwarze nad piękną rzeką Indus:
                                                                            


Rozłożyli starannie koc w szkocką kratę, wyłożyli nań rozmaite wiktuały oraz likwory przednie a wykwintne.
Pierwszy zagaił Julo (rusofil pokopany!):
                                                                            

                                  Rzepka


Zasadził dziadek rzepkę w ogrodzie,
Chodził te rzepkę oglądać co dzień.
Wyrosła rzepka jędrna i krzepka,
Schrupać by rzepkę z kawałkiem chlebka!
Więc ciągnie rzepkę dziadek niebożę,
Ciągnie i ciągnie, wyciągnąć nie może!

Zawołał dziadek na pomoc babcię:
"Ja złapię rzepkę, ty za mnie złap się!"
I biedny dziadek z babcią niebogą
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!

Przyleciał wnuczek, babci się złapał,
Poci się, stęka, aż się zasapał!
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!

Zawołał wnuczek szczeniaczka Mruczka,
Przyleciał Mruczek i ciągnie wnuczka!
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!

Na kurkę czyhał kotek w ukryciu,
Zaszczekał Mruczek: "Pomóż nam, Kiciu!"
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!

Więc woła Kicia kurkę z podwórka,
Wnet przyleciała usłużna kurka.
Kurka za Kicię,
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!

Szła sobie gąska ścieżynką wąską,
Krzyknęła kurka: "Chodź no tu gąsko!"
Gąska za kurkę,
Kurka za Kicię,
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!

Leciał wysoko bocian-długonos,
"Fruńże tu, boćku, do nas na pomoc!"
Bociek za gąskę,
Gąska za kurkę,
Kurka za Kicię,
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!

Skakała drogą zielona żabka,
Złapała boćka - rzadka to gradka!
Żabka za boćka,
Bociek za gąskę,
Gąska za kurkę,
Kurka za Kicię,
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
A na przyczepkę
Kawka za żabkę
Bo na tę rzepkę
Też miała chrapkę.

Tak się zawzięli,
Tak się nadęli,
Ze nagle rzepkę
Trrrach!! - wyciągnęli!
Aż wstyd powiedzieć,
Co było dalej!
Wszyscy na siebie
Poupadali:
Rzepka na dziadka,
Dziadek na babcię,
Babcia na wnuczka,
Wnuczek na Mruczka,
Mruczek na Kicię,
Kicia na kurkę,
Kurka na gąskę,
Gąska na boćka,
Bociek na żabkę,
Żabka na kawkę
I na ostatku
Kawka na trawkę.


 Na to Kostek - Ildefons wyraźnie się wpienił, kopnął Jula znacząco w rzepkę i bluznął wyraziście mową wiazaną:
                                                                              


Bardzo dziwna rodzina
 
Brat u Andersa,
szwagier w Paranie -
tęskniący niesłychanie;
mamusia w mamrze,
tatunio tamże -

ach, gdzie to, gdzie to, kochanie?
To w pewnym kraju, bardzo daleko,
za siódmą górą i rzeką.

Stryjek zamienił siekierkę na kijek,
potem miał żal do strony,
więc znów na siekierkę zamienił stryjek
ten kijek, lecz był rozżalony,
no więc po prostu siekierką stronę
w główkę, a sam na postronek -
ach, gdzie to było? Bardzo daleko,
za siódmą górą i rzeką.

Wacio (z wyżej wspomnianej gromadki)
wziął się do literatury,
wstąpił do Związku, zapłacił składki
i pisał różne bzdury:
na katolicyzm, o stawach w rzęsie
i o brzozowej korze,
kawałki w stylu Zielonej Gęsi,
tylko dwa razy gorzej.
Ach, gdzie to było? Bardzo daleko,
za siódmą górą i rzeką.

Busia, siostra Wacia, znaczy się,
też miała światopogląd,
stenotypistką była w "Orbisie",
lecz zmarła od winogron;
zatrute były, chociaż niedrogo,
to już pan wie, przez kogo -
za siódmą górą, za siódmą rzeką,
ach, bardzo, bardzo daleko.

Czasem wieczorem, gdy przy kominku
człowiek grysiczek wcina,
to nagle mu się przypomni, synkn,
wyżej wspomniana rodzica:
Brat a Andersa, szwagier w Paranie,
tęskniący niesłychanie,
mamunia w mamrze,
tatunio tamże
za kant, za kant, kochanie.

I oko mu się zaleje łzami,
I za, synku, to nie kpina.
Posłuchaj, synku:
Za górami,
za lasami

mieszkała sobie pewna bardzo dziwna,
bardzo głupia rodzina


Natomiast Władek jakby nieobecny, od rana już na kosmicznej bani, westchnął głęboko i wyłkał przez łzy czyste rzęsiste:
                                                                             
                                                                           
 

Na narodziny wnuczki



Jestem sobie dziadzio maluczki,
piszę mały wierszyk dla wnuczki:
po to, żebyś Ewciu, była jak grusza w Płocku
w ogrodzie mojej Matki,
kiedy księżyc chodzi o północku,
taki piękny i dziwny i rzadki,
zakochany w starej drewnianej dzwonnicy,
a może w naszym ogrodzie,
może zresztą w całej okolicy,
w wiślanej wodzie;
żebyś była jak konwalie w maju,
jak grusza w kwietniu,
jak najcichsza nad strumieniem zaduma,
jak spojrzenie na Wisłę zza tumu –
no, i żebyś kiedyś była stuletnia.

 I był to najwyższy czas, aby rozpocząć trializację właściwą. Coś jednak musiało się popierdzielić - cherchez la damme...
Spadła równie niespodzianie z sąsiedniej chmurki , usiadła cicho na ławeczce i ucha nadstawiała ciekawie:
                                                                               
 
Umiała jednak się zachować. Podeszła do gentlemanów, dygnęła uroczo, z gustownej torebki wyjęła flakon old finest single malt scotch whisky i wygłosiła powitalny speach:

  Album



Nikt w rodzinie nie umarł z miłości.
Co tam było to było, ale nic dla mitu.

Romeowie gruźlicy? Julie dyfrerytu?

Niektórzy wręcz dożyli zgrzybiałej starości.

Żadnej ofiary braku odpowiedzi

na list pokropiony łzami!

Zawsze w końcu zjawiali się sąsiedzi

z różami i binokularami.

Żadnego zaduszenia w stylowej szafie,

kiedy to raptem wraca mąż kochanki!

Nikomu te sznurówki, mantylki firanki, falbanki

nie przeszkodziły wejść na fotografię.

I nigdy w duszy piekielnego Boscha!

I nigdy z pistoletem do ogrodu!

(Konali z kulą w czaszce, ale z innego powodu

i na polowych noszach)

Nawet ta, z ekstatycznym kokiem

i oczami podkutymi jak po balu,

odpłynęła wielkim krwotokiem

nie do ciebie, danserze, i nie z żalu.

Może ktoś, dawniej, przed dagerotypem - 

ale z tych, co w albumie, nikt, o ile wiem.

Rozśmieszały się smutki, leciał dzień za dniem,

a oni, pocieszeni, znikali na grypę.

Rodzina, ach, rodzina, liryczna i tkliwie dynamiczna...  I ja tam byłem, czystą, whisky piłem, a co tam widziałem, Wam opowiedziałem.
Na koniec muszę przyznać, że jestem człowiekiem bardzo rodzinnym. nie do tego stopnia jednak jak mój kuzyn, który musiał rozwieżć się ze swą pierwsza ślubną, bo nie mógł doliczyć się... szwagrów!
Oto jak przykładnie i rodzinnie spędziłem Świąteczne Śniadanie:

                                                                
                        (od lewej) syn Kuba, żona Jadwiga, synowa Sandra, Klater, na  dole, pod stołem, psiuńcia Tola; powiększ zdjęcie klikiem)

"Bo gdy się milczy, milczy, milczy, to apetyt rośnie wilczy na poezję..." - Jonasz Kofta
                                                              


poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Trza to oblać!

                                                                          


     W zasadzie nie lubię poniedziałku... Ten Lany jednak bardzo owszem1 Dlaczego?! Choćby ze względu na cudowne wszpomnienia z magicznego dzieciństwa.

Współcześnie ta tradycja wielkanocna ma, niestety, charakter niszowy. Zauważyłem jednak na ulicy i w mediach kilka dyngusowych typów:

tradycyjny, ludowy
                         
                     

narodowo - sportowy
                     
                       


egzotyczny

                       


z niebanalnym wątkiem erotycznym

                    


new age style

                      

     Jaki mnie osobiście typ najbardziej odpowiada?! Łoj, łoj, chyba mnie już za dobrze znacie!!!
Jakby na to nie patrzeć - TRZA TO OBLAĆ!                       

sobota, 15 kwietnia 2017

Hallelujah

                                                                          

                                              Michelangelo Buonarotti - "Męka i triumf"

Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha

 

Rodzina wyjechała do Hagen.
Sam zostałem w tym ogromnym domu.
Po galeriach krokami dudnię.

Bardzo śmieszą mnie te złocenia
i te pelikany rzeźbione jak od niechcenia,
i te chmury mknące na południe.

Ja bardzo lubię chmury. I światło pochmurne.
Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.

Cóź to za rozkosz błądzić przez pokoje
z Panią Muzyką we dwoje!
Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.

A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.
O, wesołe jest serce moje!

W starych szufladach są stare listy,
a w książkach zasuszone kwiaty,
jak to miło plądrować wśród starych papierów...
O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów!
o, natchnienia jak kolumny złote! 0, kantaty!

Ubrany w zielony aksamit
brodzę, błądzę tymi pokojami,
i po galeriach, i po schodach;

o, jeszcze tyle, tyle do wieczora godzin,
żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić,
żeby płynąć jak zaczarowana woda!

Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach,
jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.

To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem,
mówiąr że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.
Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa,
ach, jakże ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże,
jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.

Spójrzcie na te niebieskie hiacynty,
na te krzesła z czarnego drzewa,
na te wszystkie złocone sprzęty,
na tę klatkę z papugami, która śpiewa,
na te obłoki jak srebrne okręty,
które wiatr południowy podwiewa.
Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie.
Też wspomnienie po Janie Sebastianie.

Mówią, że jestem stary. Jak rzeka.
Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.
To prawda, że mi wiele godzin przepadło.
Ale to nic. Do diabła! Ja gram na mocnych strunach
i są jeszcze kantaty moje, do pioruna!
Nie czas mnie, ale ja go wziałem na kowadło.

Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta.
Córy moje, nim siadą, przejrzą się do lustra.
I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec.
Podjedzą sobie setnie i podpija dobrze.
I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie.
A potem wieczór przyjdzie. I zniknę w altanie.

Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze,
niźli perły, o których. dla mej żony marzę,

niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia,
taka chwila wielkiego, wielkiego wytchnienia,

właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę
rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:
WIOSENNE GWIAŹDZISTE NIEBO.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1950

                                              K L I K    

 

Życzę Wam, Kochani Moi, wspaniałych, obfitych w dobra wszelakie pełne radosnej nadziei, Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, by sens Waszego życia był... sensowny. 

Wesprzyjcie się potęgą Przyjaciół i wszystkich Bliźnich Dobrej Woli.

Najbliższa Rodzina niechaj Was wspiera i obdarowuje bezkresną miłością przy wielkanocnym stole.

Otwórzcie szerzej oczy i serca Wasze na świat i ludzi!

Hallelujah!
                                           

                                            K L I K
  

 


 



niedziela, 9 kwietnia 2017

Imprimatur...


                                                                           


Bóg nieskończenie roztropny
Poskąpił mi mądrości
Więc postępując głupio
Nie sprawiam mu przykrości

 
                                      

                                   K L I K

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Głupi i głupszy,historyjka obrazkowa; dedykacja

 
     W tytule tego postu wspomniałem o dedykacji. Kiedy onegdaj harcowałem na onecie, to oprócz postów gościnnych, pisałem także te adresowane do ulubionych mych blogerów płci obojga.
Tym razem padło na Leszka. 

                                                                   

                                                         Leszek Kowalikowski


     Swego czasu też opublikował tu post gościnny, który potwierdza nasze mentalne powinowactwo:

                                                                        K L I K

     Wraz ze swym kompanionem Piotrem Opolskim prowadzi w naszej blogosferze najlepszy, mym skromnym zdaniem, blog polityczny.
     Piotr O. Będzie miał u mnie specjalną dedykację w szczególnych klimatach, z których wyrośliśmy i które ciągle leżą nam na sercu. 
Zatem do rzeczy:

     Francuz - erudyta, Marcel Achard , stwierdził, że idiotki, na pierwszy rzut oka, rzadko wydają się takie, jakie być powinny. Idioci, niestety, tak!
Idiota, kretyn, debil, imbecyl… Ścisłe naukowe terminy, a każdy z nich przedstawia przypadek niedorozwoju umysłowego, fachowo zdiagnozowany i rozpoznawalny objawowo.

     W mowie naszej potocznej, barwnej i soczystej, takie subtelności nie mają miejsca. Te lekarskie terminy potrafią ożywić każdą konwersację czy nawet debatę, a nierzadko podsycić wzajemną werbalną agresję,

     Podnoszą ciśnienie oraz temperaturę i prowokują sytuacje, nie zawsze zdrowe i to wśród, powiedzmy, normalnych ludzi. Ostre, zaczepne inwektywy, czytelne, choć mało przyzwoite gesty, znaczące miny i ta satysfakcja, że istnieją jeszcze głupsi od nas!!!

     Z drugiej strony niejednemu z tych indywiduów, wydaje się, że zjadł wszystkie rozumy, co wcale nie znaczy, że choć odrobinę przybyło mu własnego.

     Mimo, że staram się być racjonalnym sceptykiem, kiedy obserwuję naszych rodzimych politycznych muppetów, tracę tę emocjonalną powściągliwość. 
     Mało tego, przy okazji staję się ofiarą napadów termalnych: czasami jest mi gorąco jak w marksistowskim piekle, niekiedy zaś zimno jak w majtkach zakonnicy.
 
     Aby choć trochę to usprawiedliwić, załóżmy, że pracuję nad scenariuszem filmowym, a inspiracją do tego pomysłu są dwie amerykaskie komedie "Głupi i głupszy" oraz Głupi i głupszy bardziej".
Czytając prasę, oglądając tv czy słuchając przeróżnych pogłosek, a nawet opinii, miałbym już z grubsza zarysowany scenariusz polskich, aż do bólu, wersji tych komedii.
     Najważniejszy byłby tu wybór głównych bohaterów, którzy przebiliby swymi kreacjami tak wspaniałych aktorów jak Jim Carrey i Jeff Daniels. Okazuje się, że nie jest to aż takie trudne:

GŁUPI
                                                                     


GŁUPSZY
                                                                                


     Teraz mam naprawdę kłopot. Trzeba mi jeszcze wskazać Tego Głupszego Bardziej. Jakaż to karta może przebić te dwa niewiarygodnie mocne ASY?! To niemożliwe?!!! A jednak:

                                                                            


    Zgodnie z sugestią Piotra - PKanalii przedstawiam kolejnego Asa w tym temacie. To mamy już pokerową karetę!
                                          
  Co noc śni mu się Wiśniowy Sad. Obawiam się jednak, że w dalszej perspektywie     wiśniaczka nie  chwatit'!

Za sugestią wiszni przedstawiam piątego Asa, którego każdy szanujący się szuler powinien mieć w rękawie:

                                                                             

                                                     Szlachetne zdrowie,
                                                     Nikt się nie dowie,
                                                     Co cię tak nęci,
                                                     Aż cię pokręci! 
  
I wreszcie jeszcze jedna dziwna karta. Mówią, że zgrana i nadawałby się bardziej do talii tarota. Toteż lata sobie poza mainstreamem...
                                                                      
      

     Nie jestem pewien czy ten karkołomny pomysł mnie nie przerasta. Trzeba to jeszcze dokładnie i wnikliwie przemyśleć. A kiedy będę tak intensywnie nad tym myślał, to może zaboleć głowa, nie tylko mnie, ale na pewno i innych! 
   

                                                                              

                                     Nie jest to przyjemność duża
                                     Cały dzień malować stróża
                                     I za taki marny zysk
                                     Zgłębiać taki głupi pysk.

                                    (Witkacy)



                                                       

sobota, 25 marca 2017

Okrągły tydzień - post gościnny Piotra

     Nim przejdziemy do lektury postu gościnnego Piotra, to kilka mych uwag. Tematyka jego tekstu może być potraktowana jako "było, minęło" i przez niektórych postrzegana za niewartą czasu czy uwagi.
     Być może znajdę się w milczącej mniejszości i nie będę traktował postów jako supermarketu, gdzie centrum uwagi stanowią półki z napisem "NOWOŚĆ"
Toteż powspominajmy czule i przeżyjmy z Piotrem to jeszcze raz.

                                                                           

                                                  mozaikarzeczywistosci.blogspot.com
                  
               Z pamiętnika EUROSZEFA 

Dzień 1.


Wydawało mi się, że zmiana władzy nie może pociągać za sobą aż tak wielkich problemów. W USA całą państwowość budowała dewiza „W wielości jedność”, tzn, że odmienne poglądy wcale nie muszą być przeszkodą w budowaniu jedności i potęgi Ojczyzny.

Wyszukiwanie sobie wroga, którego niewybaczalną wadą jest inność, to chyba cecha wielu z nas, niestety, uwarunkowana historycznie. Do tego niektórzy zbyt serio biorą słowa o trzymaniu za mordę Narodu. Jeżeli oni to też naród, to być może mam za słaby chwyt. Na razie walić to!

Toteż skoncentruję się na mej strategii w tym castingu na Szefa.. Europa dalej da się lubić, przypuszczam, że z wzajemnością.

                                                                           

           Dzień 2.


W niedzielę mają się odbyć głosowania, niby czasu jest trochę, ale nie mam poparcia największych. Na moje nieszczęście niektórzy grają na pianinie tamtych, to nie wróży za dobrze na przyszłość. Szkoda by było wracać, polubiłem już te frytki sprzedawane z samochodów.

          Po południu

          Mam już conajmniej 10 głosów za mną. Jeszcze dziś spotkam się z dwoma albo trzema ważnymi osobami. Do jutra powinienem mieć już pod 15 głosów poparcia. Ciągle czekam na głos z mojej ojczyzny. Jedźmy, nikt nie woła...

                                                                                

         
            Dzień 3



Niektórzy politycy powinni wziąć się ostro do nauki języków. Tak jak nie chwaląc się ja uczyniłem. Nie zawsze mogę mieć ze sobą swoich zaufanych ludzi. Muszę mieć europejskie gadane, bo jakże inaczej?! Patrzeć pod nogi i udawać, że w pokoju nikogo nie ma? A może wstać i opuścić towarzystwo. Mam już 16 głosów za moją kandydaturą.

A z kraju nadal zero wiadomości. Może napiszę list do rządu, przecież ugaszenie kryzysu jest takie proste.



Po południu.


Kiedyś w ogóle wszystko wydawało mi się prostsze. Jak miałem ochotę ubierałem koszulkę, spodenki, trampki i biegałem za gałą po boisku.

A teraz nie wypada, w końcu Szef to nie byle kto. Drażnią mnie niektóre spotkania przy herbatce czy nie tylko z ważnymi ludźmi. Trudno, wszystko ma swoje plusy i minusy. A bycie Szefem to jest jednak coś.

Najwyżej będę wysyłał asystentów do błahych spraw. Sam zajmę się tylko tymi najważniejszymi jeśli chodzi o ojczyznę czy dobro całej Strefy.

Co ważne mam już 18 głosów za sobą. Jutro, skoro świt, wybiorę się z ciotką Angelą na kaczki. Grunt to rodzina, przecież miałem dziadka w Wehrmachcie!

                                                                                  
.
Dzień 4.

Coś niedobrego dzieje się w kraju. Wódz nakazał milczenie w sprawie wyborów na Szefa. A to wróży bardzo źle. Łącznie z tym, że nie odezwą się do mnie ani słowem, gdy wygram. Dobre, stałe czasy już nie powrócą, z Donkiem, bratem – łatą.... A mogło być tak pięknie! Nie ma się co na zapas martwić. Poza tym mam już 20 głosów na mnie. 

                                                                     


Po południu.



Niedobrze... Pół apokalipsy i ćwiartka armagedonu. Wódz namaścił kontrkandydata. Znam go, aż za dobrze nawet. Niby zebranie wymaganej liczby głosów w tak krótkim czasie graniczy z cudem, jednak nic nie jest przesądzone. . Nic to, nie takie burze przetrwałem. 

                                                                  

        Dzień 5.


Mam 24 głosy za mną. Brakuje mi paru, w tym najważniejszego, z kraju. Tam, niestety jestem już chyba na przegranej pozycji.

W co oni, kurdebalans, grają?! W wojnę czy w... 
Puszczanie Kaczek ?!

                                                                  



Dzień 6.



Mam za sobą 25 głosów, jeśli o kraj chodzi, brak wieści. Znowu czeka mnie zabawa w ,,głuchy telefon”, gdy będę coś chciał ugrać dla Ojczyzny.

Ciekawe, ile będzie trwało ustalanie co i kiedy jest nam potrzebne. Jak dotąd nie było z tym problemu, nawet będąc daleko od biurka i biura mogłem w dwie godziny załatwić dość poważne sprawy. Dobrze, że mam przy sobie moich Ludzi.

                                                                      

                                                                                   
        Dzień 7.



Myślałem, że spalę się ze wstydu, kiedy na salę obrad próbował wtargnąć mój nieoczekiwany rywal.

Moja ciemna strona mocy podpowiadała mi różne „filmowe” triki. Czy uraczyć mego rywala środkiem na przeczyszczenie w napoju lub posiłku?! Spędziłby w toalecie całe głosowanie i odszedłby w unijny niebyt....

Szefowi wszystkich Szefów nie wypada przecież tak postępować. Tym bardziej, że tamten nie został wpuszczony na „unijne pokoje” i czekał w hallu, przy ekspresie do kawy. Po co ci to, Jacku, było?!!!

                                                                    



Po południu.



W głosowaniu dostałem 27 głosów za i jeden przeciwko mnie.

Otóż rząd mojej Ojczyzny uznał mnie za niegodnego bycia Szefem. Moje obawy co do możliwości współpracy z krajem stają się coraz bardziej rzeczywiste. A „pucz” przeciwko mnie okazał się żałosną kompromitacją.

.Kogo?! Wolę zamilczeć!
                                                                      



Może z moimi doradcami wymyślimy jakąś nową teraz strategię wobec tych milczących, bądź wrogo nastawionych... suwerenów?!

Na razie idę uczcić to zwycięstwo porcją frytek z samochodu, a wieczorem może uda mi się wyrwać jakieś pół godziny na... gałę (futbol; przyp.A.K.). 

                                                                      




     Tyle Piotr. Podobnie jak w swoich blogowych postach przyjął tu formę pamiętnika. Całość zaś ujął zgrabnie w konwencji political fiction, co jemu i Wam ułatwiło pewnie utrzymanie dystansu do treści, przekazanej w tym poście.
    Kiedy powrócicie do poprzedniego postu (wywiady poprzednich gości), to dla porównania będzieście mieli okazje przeczytać (w postach po wywiadach) teksty poprzednich mych Gości.
Jak sądzicie, chyba warto ten mój blogowy obyczaj kontynuować?!