piątek, 23 czerwca 2017

Papa Day - papa dance ( z radości!)...

                                                                             


                                                                              K L I K

     Idzie przez moje serce
    stary ojciec
    Nie oszczędzał w życiu
    nie składał
    ziarnka do ziarnka
    nie kupił sobie domku
    ani złotego zegarka
    jakoś nie zebrała się miarka

    Żył jak ptak
    śpiewająco
    z dnia na dzień
    ale
    powiedzcie czy może
    tak żyć niższy urzędnik
    przez wiele lat
    Idzie przez moje serce
    ojciec
    w starym kapeluszu
    pogwizduje
    wesołą piosenkę
    I wierzy święcie
    że pójdzie do nieba


  
  – Tadeusz Różewicz


                                                       


                                                                            
                                               K L I K

                                                                                     

środa, 7 czerwca 2017

Pogawędzimy sobie nieco...

                                                                             


     Od 2003 r. 7 czerwca obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Seksu. Datę tę wyznaczyła Rada Tradycji Unii Europejskiej. Biorąc pod uwagę, że w krajach europejskich coraz częściej występuje zbyt niski przyrost naturalny, dzień poświęcony seksowi jest jak najbardziej potrzebny i uzasadniony.
 Mało tego, zaleca się, aby ten nader ważny dzień przebiegał bez rozmów o "bólu głowy", impotencji, oziębłości, frustracji i utrudniających zbliżenia: cukrzycy, stresu cywilizacyjnego i wielu innych schorzeniach...
 Podobno Polak potrafi, ale czy na pewno stać go na to?! Już sobie wyobrażam te wystąpienia na mównicy sejmowej, burzliwe dyskusje w kuluarach i enuncjacie prasowe!
A może by tak zacząć ab ovo czyli od domowego zacisza?!

 Baśka mała raz tatusia
Zapytała, czy tylko siusia się tym
Albo co złego z tego może być?!
 Widziała na dvd…
 Tata prosto po robocie
 I zatkało go, że pociecha ma taki zgryz,
Jakoś poradzi sobie z tym!

Wziął Basiunię na kolana
I przytulił, rzekł, kochana,
Chciałbym to wytłumaczyć…
To znaczy… wydaje się chyba mi,
Że seks, goły seks
Dokładnie głupi jest, wiesz,
Byle gdzie i za byle co
Można kupić to i zakonsumować
Zawodowe te panienki
Nie zdejmują nawet sukienki do tego…
 Nic dobrego… i boli głowa… niemal kac!
Dlatego seks, goły seks
Dokładnie głupi jest, Basiuniu,
Głupi jest na bank!
(2000)


                                                                             



     Przeciętni Polacy płci obojga mają tu podobno problem. Nie ma bowiem żadnych zaleceń, eksplikacji czy instrukcji jak to Święto obchodzić?!
Jako zatwardziały i notoryczny młodzieniec, spróbuję choćby szkicowo ten ważki problem jakoś rozplątać, a może i... przespać.
     Podobno ten, który sądzi, że do końca zrozumiał kobiety, jest prawdopodobnie kretynem. Warto jednak spróbować:

                                                                                 




     W swej rozbrajającej naiwności śmiem uważać, że wszelkie miłosne igraszki powinny słodkie i zdrowe:

                                                                         





     A jeśliby na to spojrzeć z męskiego punktu widzenia. To może być nader proste i banalne:

                      
                                                                                
:

     Są też mężczyźni bardziej skomplikowani, których czasami nazywamy... intelektualistami. Sa oni humorzaści, wybredni, trzeba też z nim pochodzić, porozmawiać i chyba, choć odrobinę ich zrozumieć!


                                                                                 




     Te potyczki, bitwy i wojny z biegiem czasu przechodzą, ubarwiają nasze wspomnienia, ale i czasem mogą wywołać zabawne nieporozumienia.


                                                                                 




                                                                             
     I tak pogawędziłem sobie nieco... Prawdziwy męźczyzna powinien jednak to robić, zamiast o tym gawędzić! Jednakże JAJAKOBYŁY...                                                                                   


                                                                               
                                                                     
                                                                                                                                                                 

czwartek, 1 czerwca 2017

Dziecinada


    Świat dorosłych różni się od świata dzieci, a dorosłym często obcy jest świat widziany oczami dziecka.        Paradoksalnie to dziecko, mimo rzekomo małego rozumku, musi dorosłego prowadzić za rękę, tłumaczyć i wyjaśniać wszelkie zawiłości tegoż świata. 
 

                                             


     Skąd ten paradoks?! Przecież każdy dorosły był kiedyś dzieckiem, chociaż po pewnym czasie wyrósł z dziecinnych butów i ubranek. Na pewno pojawiają sie u niego przeżycia z dzieciństwa. Najczęściej mają jednak charakter czysto emocjonalny, a powinny mieć wszechstronny wpływ na dalsze losy człowieka.
     Dzieciństwo najczęściej kojarzy się ze szczęściem, beztroską, wspólnymi zabawami z rówieśnikami, z brakiem problemów, poczuciem bezpieczeństwa, ciepłem rodzinnym.    

     Takie są zazwyczaj pobożne życzenia całej dorosłej populacji i stąd już tylko krok do mitów i przekłamań. Aby nasze dzieci uczynić szczęśliwe często je infantylizujemy.     
     Nadmiar zdrobnień, męczące przytulanki i cały nadmiernie ochronny kokon. A dzieciątka chcą być traktowane poważnie. 
     Na czym to głównie polega? To proste! Na pozornie głupie pytania, trzeba dawać wyczerpujące i faktycznie mądre odpowiedzi.
Oto przykład z mego podwórka, gdy mój trzylatek skasował mnie, wówczas czterdziestoletniego przemądrzalca:


- Tatusiu, a pójdziemy dzisiaj... (tu można wpisać dowolne miejsce, gdzie absolutnie nie chciało mi się łazić!)....
- Nie!
- Dlaczego?!
- Bo nie!
- "Bo nie" to nie jest odpowiedź!
 

     I niech ta świetna odzywka  mego syna posłuży tu za motyw przewodni!
Na szczęście sa tacy, których po świecie dzieci nie trzeba prowadzić za rękę. Świetnie się w tej egzotyce czują i orientują. To Poeci...




Wanda Chotomska                                                                                       
DAJCIE DZIECIOM SŁOŃCE

Kiedy dziecko śpiewa –
śpiewa cały świat.
Cały świat piosenką jest,
śpiewa kot i śpiewa pies,
ptak na niebie, wiatr na drzewie,
świerszcz na łące…
Nawet kiedy pada deszcz,
to ten deszczyk śpiewa też,
że po deszczu, że po deszczu
będzie słońce.

Kiedy dziecko tańczy – tańczy cały świat.
Z rudym kundlem czarny kot,
drzewa z niebem, z ziemią płot,
ptak z obłokiem, wiatr z motylem,
świerszcz na łące…
Cały świat ma tyle lat,
ile dzieci mają lat,
te dzieciaki, co do tańca
wzięły słońce.

Kiedy dziecko płacze –
płacze cały świat.
Kot ma oczy pełne łez,
na podwórku płacze pies,
wiatr w kominie, mysz pod miotłą,
świerszcz na łące.
O, jak słono od tych łez,
nawet cukier słony jest,
o, jak ciemno, o jak zimno –
gdzie jest słońce?

Dajcie dzieciom słońce, żeby łez nie było,
Dajcie dzieciom słońce, dajcie dzieciom miłość.
Dajcie dzieciom słońce, całe słońce z nieba,
Żeby mogły tańczyć, mogły śpiewać.


                                                     




Anna Kamieńska

***
Urodziło się dziecko rumiane,
Powiedziała woda misce,
miska ławie
ława trawie,
trawa łące,
łąka słońcu.
Słońce zajaśniało.

                                          K L I K 


                                                


Pino Pellegrino

 Nasze dzieci na nas patrzą,kiedy
mówimy o wodzie, a pijemy wino.

Nasze dzieci na nas patrzą,kiedy
mówimy, że wielbimy pokój, a potem
się o bzdurę kłócimy z sąsiadem.

Nasze dzieci na nas patrzą,kiedy
mówimy, że kochamy ich matkę,
a potem wrzeszczymy na nią,
bo nie smakuje mi kotlet.

Nasze dzieci na nas patrzą,kiedy
mówimy o ochronie środowiska, a potem
rzucamy na ziemię papierosa.

Nasze dzieci na nas patrzą, kiedy
w niedzielę idziemy do kościoła, a wracając
kłócimy się o jakiś drobiazg.

Nasze dzieci na nas patrzą,kiedy
mówimy, że w życiu ważna jest tylko miłość,
a potem patrzą na seks i pieniądze.

Nie zapominajmy o milczącym spojrzeniu
naszych dzieci i o ich cichym sądzie,
który nas może ocalić od Wielu nikczemności  


                                                 

  John C. Maxwell  

Mały człowieczek

Mały człowieczek idzie w me ślady,
Pyta o drogę, prosi o rady;
Zbłądzić nie mogę, choćby się chciało,
Bo pójdzie za mną pewnie i śmiało.

Oczka swe ciągle na mnie obraca,
I naśladuje, to jego praca.
Jestem wyrocznią i nie ma rady,
Mały człowieczek idzie w me ślady.

W wiosennym słońcu, w zimowym śniegu,
Rzeźbię i tworzę, w marszu i w biegu
Na długie lata przyszłej dekady
Człowieczka, który idzie w me ślady”







  Tadeusz Śliwiak

ŚWIAT DZIECI 

Dziewczynka rysuje kredą na asfalcie
rybę
i drugą rybę
i trzecią rybę
Chłopiec udaje że ma w ręce wędkę
którą łowi te ryby
co którą złowi
dziewczynka wymazuje ją wilgotną gąbką
Wracając do domu
dzieci mówią ,,patrzcie
idziemy z wiadrem pełnym ryb"
Taki jest świat dzieci


                                                 


 Ewa Lipska

Dom dziecka

Trzydzieści par pantofelków filcowych

z wyszytym na środku kwiatem tulipanu.

Trzydzieści fartuszków poplamionych sokiem

z czarnej porzeczki.

Trzydzieści nieruchomych kotów

wyhaftowanych ściegiem płaskim.

Trzydzieści par wyciągniętych rączek

ale tylko po łyżki do zupy mlecznej.

Trzydzieści par oczu otwieranych we śnie

aby dojrzeć rodziców na wzgórzach cukierków.

 

Gdyby moja mamusia chciała

mogłaby być królową.

Ale musiała umrzeć

bo tatuś zamienił się w wilka.

 

Moja mamusia była chuda

i dlatego nie mogła mnie kochać.

Ale jak tylko będzie chuda mniej

to mnie kupi na zawsze.

 

Moja mamusia jest piękna. Mój tatuś jest piękny.

Moja mamusia jest bogata.

Mogłaby kupić

Amerykę Północną i złoto. A tatuś

potrafi strzelać z prawdziwego karabinu.

 

Trzydzieści par nóżek

stoi przed nieczynną zwrotnicą

i oczekuje na wjazd

domu.


                                          
                                         K L I K

     I tak dobrnąłem szczęśliwie do końca tego postu. Siada mi komputer i bałem się jakieś niepożądanej awarii!
     Ten Najsłodszy Dzień w Roku też dobiega końca i pora już wracać do domu.
     A dom dla obecnych jak i byłych dzieci to nie tylko dach nad głową, łóżko do spania i pełny talerz na stole.
     To przede wszystkim miejsce, gdzie Cię rozumieją i kochają!






 








                                                 

wtorek, 23 maja 2017

KOMUNIKAT

Szanowny i Drogi Komentariacie!
Postanowiłem sobie zafundować blogowy urlop do końca tego miesiąca. Zebrało się parę spraw osobistych i zawodowych, z którymi powinienem uporać się jak najszybciej .
Jesteście Wspaniali i Kochani , toteż będzie mi Was brakowało!
Do zobaczenia w czerwcu.
Andrzej - Art Klater

sobota, 20 maja 2017

" I tu mam zgryz..." - wywiad z Gościem, blogerką Jaskółką

Jaskółka, wytrawna i doświadczona blogerka. Do jej blogosfery możecie dojść tędy i owędy. Na świat i ludzi patrzy z dystansu, choć, w gruncie rzeczy, życzliwie.

                     
Zdjęcie usunięte na prośbę Jaskółki.


Doktor nauk społecznych, naukowiec, wykładowca akademicki i skromna nauczycielka dziatwy szkolnej oraz... pani sklepowa. Zainteresowania wszechstronne: fotografia, muzyka, taniec, sport, motoryzacja, robótki - wszystkie możliwe techniki, ogród i nade wszystko przyroda.
Stateczna żona i matka dorosłych już dzieci. Kapryśna koneserka wybranych dziedzin literatury i sztuki.
Reszty o naszym Gościu dowiemy się w... dalszym praniu, mniej więcej za tydzień.


     Pora teraz na długo oczekiwany, sądzę tak po Waszych komentarzach, wywiad z naszym znamienitym Gościem:

  1)  Wyobraźmy sobie taką sytuację. Po ciężko przepracowanej nocy nad ważnymi papierami, spoglądasz świtem bladym przez okno, a tu, na parapecie siedzi... jaskółka. Co Ty na to? 


     Chciałabym zobaczyć jaskółkę na parapecie. Zwłaszcza po przepracowanej naukowo nocy.
Jaskółka to bardzo pogodny, rozświergotany ptak i bardzo niezależny, zachłystujący się wysokimi lotami,

      Codziennie obserwuję też przeloty czapli na okoliczne stawy. Często widzę na niebie szybujące myszołowy lub jastrzębie W ogrodzie kręcą się gołębie, kosy, drozdy…
 Ale śmigające wysoko jaskółki zawsze wprawiały mnie w zachwyt. Tyle wdzięku, tyle lekkości i tyle wolności w ich lotach. Mój nick to naturalna konsekwencja pewnego zdarzenia z czasów, kiedy byłam niepokorną nastolatką.
     Pod okapami domu moich dziadków, w Cieszyńskiem, było mnóstwo gniazd jaskółczych. Hałasowały, brudziły, ale dla dziadków były świętością. Bywałam często u nich latem i obserwowałam godzinami zachowania jaskółek. Bardzo mi się podobała ich zapobiegliwość, ich pracowitość i świergot. No i to śmiganie pełne radości. Czuć było w tym całkowitą wolność.
     Kiedyś siedziałyśmy z babcią na ławeczce pod ścianą stodoły i wspólnie obserwowałyśmy jaskółki. Coś tam opowiadałyśmy sobie o różnych sprawach. I nagle babcia powiedziała, patrząc na kolejną śmigającą przez nami jaskółkę: 

„Ty dziołcha jeżeś jak ta jaskółka. Niezależno, uparto. Gdybyś jyny umiała, to wyrwałabyś się do nieba jak óny”.
     Wtedy tylko się roześmiałam, ale całe późniejsze moje życie potwierdziło to, jak mnie wtedy babcia scharakteryzowała. Moje poczucie niezależności, moja walka z każdym przejawem skrępowania mojego „jestestwa” nieraz boleśnie odbiła się na mnie samej.
    Traciłam nieraz przez to pracę, traciłam przyjaciół, znajomych. Jednak mam tę satysfakcję, że nie dawałam się „złamać” i jak to się popularnie mówi, mogę spokojnie spojrzeć w lustro, bo nie ujrzę tam ryjka świni ani człowieka pokonanego.
   Kiedy zakładałam pierwszy blog i trzeba było jakiś nick wpisać, od razu wiedziałam, że to będzie „Jaskółka”. I tak
zostało.


                                                   



2) W jednym z angielskich przysłów niebo to miejsce, gdzie powitają cię wszystkie przygarnięte przez ciebie psy. Czy blisko Ci do takiego nieba?

        Miałam kilka psów. Najpierw jamnika, potem szpica, potem mieszańca, dwa pekińczyki, przekochaną Zuzię, którą czytelnicy mojego bloga poznali i teraz mam Bezkę.
       Tylko dwa psy przygarnęłam, bo właściciel ich nie chciał. Pozostałe wychowałam od szczeniaka. Nim nastała Beza, zastanawialiśmy się, czy po śmierci Zuzki nie przygarnąć psa ze schroniska, ale nagle pojawił się problem niechcianego szczeniaka i tak nastała u nas Beza.
      Uważam, że aby mieć jakieś zwierzę w domu, należy stworzyć mu jak najlepsze warunki. Miałam już trzy psy jednocześnie przez parę lat i nie zawsze było dobrze. 

      Każde kolejne zwierzę odbiera temu poprzedniemu część mojej miłości i uwagi. To jak z dziećmi. Każde następne odbiera część uwagi rodzicielskiej temu poprzedniemu. Przecież jak poświęcam teraz czas Małgosi, to nie poświęcam go Jasiowi itp. Ze zwierzakami jest tak samo.
     Nie wiem czy to dobrze czy nie, ale wolę zapewnić bardzo dobry dom jednemu zwierzakowi niż byle jaki wielu. I zaraz podniesie się larum, że jestem egoistką, że nie mam racji, bo przecież są osoby, które przygarniają wiele zwierząt, są osoby, które prowadzą minischroniska dla zwierząt. Fajnie… to te osoby tak potrafią, ja nie.
     Chociaż bardzo lubię psy, nie uważam, że zasłużyłam na psie niebo.


                                                 
                                Beza, aktualna psiunia Jaskółki (fot. Jaskółka) 

3) Z jednej strony Twoja poważna i konkretna aktywność zawodowa, a z drugiej blogosfera, gdzie , być może, stykasz sie z innymi miejscami, klimatami czy innymi ludźmi. Ja to godzisz ze sobą?

         Blogowanie… Pierwszy blog założyłam 9 lat temu pod hasłem: „Jeszcze nieraz zatańczę” i świeża w tych sprawach, zaczęłam szczerze pisać. Okazało się, że chyba zbyt szczerze, bo pojawiły się hejty.
Nie bardzo wiedziałam, jaki charakter ma mój blog przyjąć. Pisałam o sprawach ogólnych, ale po czasie doszłam do wniosku, że może ja się tą drogą podzielę moimi zawodowymi doświadczeniami.
        I to był ogromny błąd. Dano mi do zrozumienia, że się wymądrzam. Ok, zlikwidowałam ten blog  z postanowieniem, że nie będę już nic zakładać. A potem jakaś przekora kazała mi przywrócić to wszystko. Byłam już ostrożniejsza. Muzyka, dużo zdjęć. Tak dużo zdjęć wklejałam, że założyłam drugi blog.
       Na tym pierwszym miały być zdjęcia i sprawy ogólne, na tym drugim miałam opisywać moje spostrzeżenia, opinie, odczucia dotyczące różnych spraw bieżących, społecznych, politycznych. 

A potem pojawiły się moje osobiste „przekochane" gnomy, które spowodowały swoimi wpisami, że wykasowałam wszystkie zbyt osobiste teksty z obu blogów.
      Jak sobie radzę z blogowaniem? Ano mam włączony mocny hamulec. Z jednej strony dobrze, bo nie mam hejtu, z drugiej strony źle, bo czasem mam ochotę „wywalić” coś tak od serca, tak z przekleństwem, z przytupem, po imieniu.
      W dodatku jeszcze, gdzieś z tyłu głowy, siedzi we mnie ten „wdrukowany” nauczyciel, chociaż już się go pozbywam, ku własnej osobistej uldze. 

Całe zawodowe życie człowiek musiał trzymać się pewnych zasad, zachowywać się au courant, a równocześnie wszystko się często we mnie buntowało, bo nierzadko wymagania trącały o fałsz, obłudę.
     Po prostu, ja nie byłam sobą w 100%, a  z tym czułam się bardzo niekomfortowo. I to jeszcze gdzieś tam tkwi, by zamiast komuś przysolić w odpowiedzi na niegrzeczne potraktowanie mnie, hamuję się
i staram się być elegancka. Eh….
      Blog traktuję jako miejsce pokazania tego, czym się interesuję, opisania przyrody, zamieszczana zdjęć. Kiedyś pisałam bardziej osobiste posty, więcej się odkrywałam, ale po tym, jak pewien nawiedzony różowy miś oczernił mnie na swoim blogu, zorientowałam się, że blog to miejsce bardzo niebezpieczne dla osobistych wynurzeń. 

     Nie należy zbyt dużo dokładnie ujawniać. Brzydko to brzmi, jednak człowiek w blogosferze narażony jest na wirtualne szykany, a ja ich miałam tak dużo w życiu realnym, że już mi niepotrzebne w wirtualnym. 
     Dlatego moje posty są często takie sobie. Boleję nad tym, wolałabym opisać, co czuję, co mnie boli, co mi się nie podoba.
     Ludzie mają tendencje do szukania winy w ofierze, a nie w sprawcy zła. Jak napiszesz, że coś ci się nie powiodło, to najpierw ciebie obwinią o to, a potem dopiero przyznają rację - ktoś inny był wredny. 

     Ale zanim do tego dojdzie, to trzeba użyć morza argumentów, by przekonać, że to ciebie bolało i nie ty byłeś powodem tego bólu. Nie mam już siły na takie „sprostowania”. Może dlatego stworzyłam ten drugi blog, ten o robótkach, bo on wydaje się być całkowicie neutralny.
     Zdarzają się też okresy, kiedy jestem totalnie znudzona czytaniem innych blogów. Czytam w nich rzeczy, które dla mnie są od dawna oczywiste, treści, które nie są dla mnie żadną rewelacją, bo ja naprawdę dużo czytałam, czytam i będę pewnie aż do grobowej deski łykać treści, jak pelikan ryby.         

     Kiedy widzę komentarze, w których ludzie nawzajem przekonują się do tego, co do czego nie powinno być wątpliwości, albo dyskusja toczy się wokół jednego „masz rację….”, a potem jest osobisty wywód: „Ja też tak miałam….”, to wychodzę z tego bloga.
      Są blogi tak przewidywalne, iż wchodzę tam, by przekonać się, że nadal trwa ta sama „dyskusja”. Zarozumiała jestem? 
     Mam zaprzyjaźnione blogi, na których często toczy się  interesująca wymiana zdań. Są blogi, czytając które można się pośmiać, a w komentarzach podowcipkować. 
     I są blogi, na które lepiej nie wchodzić, bo ludzie w nich piszący są z jakiegoś umysłowego matriksa. I są też blogi „przeintelektualizowane”- ich autorom wydaje się, iż piszą bardzo naukowe treści…
     Hmmmmmm….. no…..Omijam z daleka.  Jeśli mi czyjś blog nie odpowiada, nie wchodzę, to jest moja zasada główna. Jak ktoś zechce obrazić moich „wielbicieli’ blokowych, to, bez pardonu, wytnę!
Teraz mam dwa blogi i na razie na tym poprzestanę.
     Moje sprawy zawodowe, a zwłaszcza sposób, w jaki przestałam pracować w tutejszej w szkole podstawowej i,  o złośliwy losie, podobnie na jednej z uczelni, to tematy do ogromnych postów.
     Walka o stołki 10 lat temu i o obsadzenie na nich swoich ludzi, była ogromna. Nie liczył się dorobek poprzedników, nie liczyły się kwalifikacje, nie liczyło się to, że krzywdzi się człowieka.
     Ale nie to było najgorsze, tylko łamanie prawa. Najgorsze było dla mnie to, że nikt nie stanął w mojej obronie, nikt nie przyszedł do mnie zapytać, czy mam za co żyć.
Kiedy przestałam tam pracować ogarnęła mnie pustka, cisza, przestałam tam istnieć dla innych, dla grona, dla sprzątaczek, dla rodziców i innych.
     Nikt nie przeszedł zapytać, co się naprawdę wydarzyło. Nie dziw się, że odizolowałam się od wsi. ja ci to wkrótce opiszę, bo taki tutaj skrót nie odda całości. Powiem tylko, oby to była tylko zawiść, a to było podłe, chamskie, unicestwienie mnie, bez prawa do jakiejkolwiek reakcji!
     Owszem, walczyłam, ale bez widoków na wygraną, a jeżeli bym wygrała, to po kilku latach sądzenia się.
No i po co miałam tu wracać? Do tych ludzi? Do takich ludzi?
 


                                                   


 4) Spotkałaś się zapewne z tzw. stereotypem Ślązaka (Ślązaczki). Jakie są Twoje przemyślenia na ten temat?  

     Tu mam zgryz. Ja to jestem taki krojcok (tu: mieszane pochodzenie etniczne, przyp. A.K.) kulturowy. Chyba trzeba zacząć od „Adama i Ewy” czyli pochodzenia moich rodziców. Tata to od pokoleń Cieszyniok z podcieszyńskiej wsi (teraz w granicach miasta) i tu sprawa jest jasna.
      Z matką jest trochę gorzej. Rodzina jej ojca mieszkała od pokoleń we wsi, w której ja teraz mieszkam, czyli Cieszynioki. Rodzina matki i mojej babci, od pokoleń mieszkała we wsi koło Pszczyny (teraz w granicach miasta), czyli Ślązoki. Ja urodziłam się w Pszczynie czyli też Ślązaczka.
      Najpierw mieszkaliśmy w leśniczówce na skraju lasów pszczyńskich, potem we wsi, na pograniczu Górnego Śląska i Śląska Cieszyńskiego czyli dawnych zaborów pruskiego i austriackiego.
Stąd nazwy lokalne:  „prusoki” i „austryjoki”, które nadal funkcjonują, a jakże i bardzo często są tu używane na określenie pochodzenia danego delikwenta.
      Do szkoły chodziłam z dziewczynami, które ostro „jechały’ gwarą śląską. Nas, w domu, rodzice uczyli mówić czystą polszczyzną, a zwłaszcza tata, który ganił każde gwarowe wpadki. Dlatego, na początku nauki, nie rozumiałam, co do mnie te dzieci mówią. Koleżanki szybko zorientowały się w moich brakach i kiedy chciały coś sobie opowiedzieć tak, bym nie wiedziała, o czym mówią, to mówiły gwarą. Już w drugiej klasie prawie wszystko rozumiałam. Jednak przyznam, że na początku ciężko było. No i druga strona krojcowania.
      Bardzo często jeździłam do dziadków w Cieszyńskie. Oni z kolei posługiwali się gwarą cieszyńską. Babcia tłumaczyła mi co to lawor, dłaszka, spajska, cesta, czy rajczula. Edukację w gwarze cieszyńskiej uzupełniłam, kiedy poszłam do liceum w Cieszynie. Miałam koleżanki z Ruptawy, Cisownicy, Goleszowa -  pełny przekrój Ziemi Cieszyńskiej. One też pytlowały w gwarze.
      Do teraz nie bardzo potrafię się określić czy jestem Cieszynianką, czy Ślązaczką. Obie kultury są mi bliskie, obie jeszcze do końca nie odkryte.
A jednak w tym wszystkim jest coś, czemu się dziwić nie przestanę. Zanim o tym napiszę, muszę tu wyjaśnić, na czym polega różnica między „prawdziwym Cieszyniokiem” a „prawdziwym Ślązokiem”, którą to różnicę odczułam na własnej skórze. Otóż, kiedy mieszkałam na Górnym Śląsku, to  nigdy nie usłyszałam, że jestem obca, po cieszyńsku - „nie stela”. Nawet nikt mnie nie zapytał, skąd pochodzę, a mówiłam i mówię nadal bardzo poprawną polszczyzną .
     Od 27 lat mieszkam we wsi cieszyńskiej i ciągle jestem tutaj „nie stela”- obca. Przykro powiedzieć, ale „człowiek nie stela” dla Cieszynioków jest jakby obywatelem niższego sortu, mniej się z nim liczą.
     Nie przywiązuję wagi do pochodzenia w sensie podkreślania tego jako jakiejś ekstra wartości, niemniej, kiedy dochodzi do sytuacji wymagającej podania skąd pochodzę, mówię, że jestem ze Śląska, w domyśle tego Górnego. Mieszkałam na nim 17 lat i to chyba zaważyło na tym, że bardziej czuję się Ślązaczką niż Cieszynianką. No i urodziłam się w Pszczynie, czyli na Śląsku. 

     Na pewno mocno czuję się Polką. Tu obok, za granicą (na czeskim Zaolziu, przyp. A.K.) mówię po polsku, przyznaję, że jestem z Polski - nie ukrywam tego. Nadal jestem dumna, że urodziłam się w 
Polsce.


                                              
                                                


5) Jak uważasz, czy w naszym kraju, mimo przeróżnych deklaracji, zapewnień i oświadczeń w wystąpieniach publicznych, ma miejsce dyskryminacja kobiet? W jakich dziedzinach naszego życia jest to szczególnie widoczne?

Moja matka wychowała nas, córki, w duchu niezależności od mężczyzny. Myślę, że nawet trochę przesadziła, bo ona wyraźnie gardziła mężczyznami. Była bardzo mocną kobietą, bardzo niezależną, robiącą zawsze to, co ona uważała za dobre i tak nas wychowywała. Ja jednak nie miałam takiej siły przebicia w swoich małżeństwach. Zresztą nigdy nie uważałam, że kobieta powinna dominować. Myślę, że powinna być jakaś równowaga i wzajemnie uzupełnianie się w codziennych obowiązkach. Ale miałam męża Cieszynioka i tu nastąpiło totalne zderzenie się dwóch światów.
     Tak, codziennie spotykam się z dyskryminacją czy choćby lekceważącym stosunkiem do kobiet. Do szału doprowadzają mnie głupie dowcipasy seksistowskie na temat kobiet. W urzędach, kiedy załatwiam sprawę sama, jestem inaczej traktowana niż mój mąż. I o dziwo, najczęściej tokują panie i lecą mu sprawę załatwić.     

     Natomiast, kiedy ja załatwiam sprawę u faceta, to często spotykam się z wyższością i lekką pogardą. Ostatnio podczas rozmowy telefonicznej, podczas której operator na siłę chciał mi wcisnąć jakąś ofertę, na moje stanowcze NIE, pan ze złością powiedział, że powinnam wysłuchać, bo pewnie się nie znam i nie wiem, o co chodzi. Jestem przekonana, że mojemu mężowi nie wcisnąłby takiej gadki. Zresztą, co tu opowiadać, należy uważnie spojrzeć wokoło i zobaczyć, kto siedzi na stanowiskach ( od szczebli gminnych po krajowe), kto tym bałaganem rządzi. Trzeba poczytać wypowiedzi polityków pisowskich (ale i ci z opozycji mają równie wredne antykobiece wejścia) na temat wypowiedzi kobiet z opozycji, trzeba przeczytać, jak czasem dziennikarze kwitują wypowiedzi kobiet. Mam wrażenie, że jestem w kosmosie!
     Rozróżniam ruch feministyczny, ten , który walczył o prawa kobiet, o ich równość wobec mężczyzn w  różnych dziedzinach życia, od tego feminizmu, który chcą wmówić kobietom pisowcy, a który definiują jako coś zbrodniczego (prawo do aborcji to prawo do zabijania) jako coś zagrażającego  przyjętym, tradycyjnym społecznym rolom kobiety i mężczyzny (gender to diabeł wcielony) i jako chęć zdemolowania przez współczesne Polki tradycji rodzinnej (zawsze było tak, że chłop miał prawo przylać babie, albo - "baba mi tu nie będzie rządziła", albo  - "baby i dzieci głosu nie mają").
     Podkreśla się sfeminizowanie zawodu np. nauczycielskiego i równocześnie opowiada całemu społeczeństwu, że przy naborze studentów na studia pedagogiczne występuje selekcja negatywna. Czyli idą na te studia głupie baby, bo nie mają gdzie indziej szans. Można by tak mnożyć przykłady na nierówne traktowanie kobiet.
     Niedobrze jest też, że nastawia się resztę społeczeństwa negatywnie do grup kobiet, które występują w sprawie równego traktowania. Ostatnio przeczytałam masę hejtu na temat strajku nauczycieli (a przecież głównie pracują w tym zawodzie kobiety) przeciwko wprowadzeniu reformy przez Zalewską. Większość komentujących twierdziła, że nauczyciele walczą o stołki i na dzieciach im nie zależy. 

     Gdy strajkowały pielęgniarki, czytałam, że babom robić się nie chce i mają jakieś wygórowane żądania. Ciekawe- kiedy kierowcy Tirów protestowali przeciw słabym zarobkom, to takich hejtów nie czytałam
     Prosty przykład- kiedy traciłam pracę w szkole, w której przepracowałam 16 lat i znano mnie z dobrej pracy, z dobrych relacji z nauczycielami i rodzicami, nie mówiąc już o wykształceniu, to na moje miejsce (stanowisko dyrektora) wsadzono smarkatego informatyka, który ledwo potrafił się wysławiać po polsku. Taką ciapę życiową. No ale… nie dość, że krewny królika, to jeszcze facet.
     Zresztą nie tylko o równe prawa kobiet mi chodzi, chciałabym, by w ogóle szanowano  prawa człowieka. Nie potrafię również znieść, kiedy uogólnia się  sprawy dotyczące imigrantów.               Najczęściej nie dostrzega się tragedii zwyczajnych ludzi, a wyostrza się sprawę terroryzmu i zachowań islamistów. Czytam o przestępstwach popełnianych przez imigrantów. I czytam, że to mężczyźni je popełniają. Następuje gremialne potępienie tych przestępców. 

     Przestępców dobrze, ale dlaczego do wspólnego wora wrzuca się również ich kobiety i dzieci? Czy ktoś zastanowił się, w jakie sytuacji są  matki, żony, córki tych facetów, a które nie mają nic do gadania, mają milczeć i słuchać? Ale jak walić, to we wszystkich imigrantów. I tego nie trawię.




 

     Tyle wywiadu. W obfitej korespondencji mailowej namawiałem Jaskółkę, aby napisała swój post gościnny jak najbardziej bezkompromisowo oraz jak najbardziej prywatnie i intymnie.
Być może mi się uda?!

 



















                                                                                                                              

niedziela, 14 maja 2017

Ucz się, bracie, od jaskółki...;dedykacja

                                                                         


Jaskółka to miła ptaszyna,

Z najwyższej, podniebnej półki,

Robale, insekty pożera,

Lecz nikt nie poważa jaskółki.



Czy do was dociera, wieśniaki,

Że jaskółka jest high, super, very?!

Kochajcie jaskółkę, chłopaki,

Kochajcie do jasnej cholery.

Trawestując tak bezczelnie Mistrza Ildefonsa, jednocześnie dedyduję ten post Kochanej Jaskółce.

Od paru dobrych lat wytrwale i z pełną wrozumiałością komentuje moje posty, chociaż te mogą stanowić zagrożenie dla życia i zdrowia.
                        
Zdjęcie zostało usunięte na prośbę Jaskółki.


Jak można z powyższej fotki wywnioskować, Jaskółeczka nie za bardzo lubi lecieć do nieba po kawałek chleba, woli trzymać się twardo gruntu. I tak trzymać.

Za parę dni, przez jakiś czas, Jaskółka będzie Gościem tego bloga. Zatem do rychłego zobaczenia.


      Jaskółka budzi jednak w nas, nie to co wróbelek, miłe i przyjazne skojarzenia. Jest częstym motywem w poezji, muzyce i sztukach plastycznych. Zacznę od wierszy:

Władysław Broniewski
Jaskółka

Napłynęła na mnie fala miłosna,
jak powódź, co lody znosi.
Ty nie jesteś już taka młoda, ale jak wiosna,
i kto ciebie o to prosił?

Może moje serce prosiło na klęczkach
w rozmaitych rozpaczach i klęskach,
całując z rozpaczą na spółkę
ciebie — jaskółkę?

A może te jaskółki w niebie,
podobne do ciebie,
latały, kwiliły i wylatały,
żebym był radosny i śmiały?


                                        



Jan Izydor Sztaudynger



Szalonemu;



Tak było od początku świata,

że pełza żółw, a orzeł lata,

że śpiewa słowik, a jaskółka

na twoim czole kreśli kółka. 

                                       

 
Arthus Clatterus (the polish poet & prophet)



Powiedziały jaskółki,

że niedobre są spółki...

Jak dalsze myśli

tutaj uściślić:

We współdziałaniu

czy w... spółkowaniu?!
                                          
                                           



W latach 70 ub. triumfy święcił na festiwalach w Opolu i w Sopocie wybitny nasz wokalista Stan Borys. Przepięknie śpiewał równie cudny song do słów Kazimierza Szemiotha z jaskółką w roli głównej:

                                            KLIK

Wreszcie przedstawię Wam moją ulubioną balladę folkową z lat sześćdziesiątych:

On a wagon bound for market
there`s a calf with a mournful eye.
High above him there`s a swallow,
winging swiftly through the sky.

How the winds are laughing,
they laugh with all their might.
Laugh and laugh the whole day through,
and half the summer`s night.
Donna, Donna...

"Stop complaining!said the farmer,
Who told you a calf to be ?
Why don`t you have wings to fly with,
like the swallow so proud and free?

Calves are easily bound and slaughtered,
never knowing the reason why.
But whoever treasures freedom,
like the swallow has learned to fly.

                             K L I K

     Niby prosta ballada, a niesie głębokie filozoficzne przesłanie i odpowiada na to coraz bardziej bolesne pytanie: "Jak żyć?!" Ponad dwadzieścia lat temu dokonałem przekładu tego nieprzeciętnego w swej urodzie tekstu: 

W dzień targowy wóz się toczy,
W nim cielaka słychać szloch,
Wznosi w górę smutne oczy,
Gdzie jaskólki śmigły lot.

Hej, śmiałe wiatry wieją,
A w śmiechu wiatrów moc.
Śmiej się też na cały głos,
W letni dzień, po samą noc
Donna, Donna...

Farmer na to: "Przestań jęczeć,
Wolne ptaki, wolny duch.
Któż ci kazał być cielęciem,
Sam się bracie, pchasz pod nóż!".

Hej, śmiałe wiatry...

Nim z cielakiem tym do spółki
Poprowadzą cię na rzeź,
Ucz się, bracie od jaskółki
I swobodnie w niebo wzleć!

                                         

Na koniec stary, lecz ulubiony mój dowcipas o jaskółkach:

Jaskółka do jaskółki:
- Chyba będzie padało...
- A skąd wiesz?!
- Bo ludzie na nas tak się głupio gapią!!!