poniedziałek, 20 listopada 2017

"Czy jestem nieudacznikiem, który nie ukradł pierwszego miliona?!!!" - post gościnny Anzai


W związku z niefortunnym wypadkiem jakiemu uległ nasz sympatyczny autor bloga zostałem przez Niego upoważniony do skorygowania błędów edycyjnych jakie pojawiły się podczas edytowania ostatniego wpisu. Nie czując się na siłach dorównania mistrzowi poniżej wprowadzę tekst jaki zaproponowałem Klaterkowi. Oto on:


Mając zaszczyt ponownego wystąpienia na blogu Art Klatera chciałbym podziękować właścicielowi bloga za udostępnienie tego bloga, oraz wszystkim komentatorom, którzy wzięli udział w tej zabawie i zagościli tutaj, i podzielili się swoimi cennymi uwagami. Nie będąc pewnym, czy post konfesyjny jest najlepszym rozwiązaniem w sytuacji - gdy wszystkie dane o mnie opublikowałem na swoich blogach, i można bez problemu do nich dotrzeć - tutaj tylko przypomnę, skomasuję, i uzupełnię niektóre z nich.


Urodziłem się w tym małym niepozornym domku

w ostatnich dniach grudnia 1950 r. Domek, jeden z wielu przeznaczanych do sprzedaży w latach międzywojennych, musieliśmy zasiedlić, aby go nie stracić w myśl nowych przepisów wywłaszczeniowych.
Przodkowie moi od trzeciego pokolenia mieszkali w Łodzi jednak ich genealogiczne korzenie są bardziej skomplikowane, bo przed powstaniami z 1830 i 1863 r. mieszkali w pobliżu Krakowa, a zmuszeni do ucieczki przenieśli się do Wilna, Lwowa i Warszawy. O tych perypetiach pisałem na blogu "LegionyPolskie".


Zdjęcie poniżej

to jedno z wielu publikowanych na w.wym linkach. Stojący, pierwszy z prawej to mój ojciec. Ze zdjęciem tego domu wiążą się najmilsze wspomnienia i legendy rodzinne, bo tu przebywali wszyscy znani mi osobiście członkowie rodziny.

Wśród wielu skrajnych zainteresowań (przez wiele lat uprawiałem judo, kulturystykę i ... taniec towarzyski) najdłużej zachowało się zamiłowanie do radioamatorstwa oraz fotografiki. Z pierwszego hobby dorobiłem się podyplomowej specjalizacji, natomiast fotografika przyniosła zupełnie nieoczekiwane rezultaty, bo moich rodziców zaprowadziła ... przed oblicze Sądu Rodzinnego. Piszę o tym tutaj:
http://foto-anzai.blogspot.com/2013/06/
I tak fotografika skierowała moje zainteresowania w stronę płci pięknej, co spowodowało, że stan "kawalarski" zachowałem aż do 40 r.ż.




Z oczywistych względów nie publikuję na blogu swoich najlepszych zdjęć, bo te z reguły wystawiane są w innych profesjonalnych miejscach i niestety tam są podpisywane przeze mnie, albo przez wystawców, co kłóci się z moimi oczekiwaniami zachowania anonimowości. Na "foto-anzai" pojawiają się wprawdzie zdjęcia moich dziewczyn i modelek sprzed 1984 r., np. to prezentowane wyżej, ale związane są tematycznie nie z osobą na zdjęciu, a wyłącznie z technikaliami, tak jak np. tutaj z zagadnieniem oświetlenia motywu zdjęciowego (strzałkami zaznaczyłem kierunek źródeł światła).


Nie wiem jakim cudem udało mi się (mnie dziecku zaplutych karłów reakcji) przebrnąć przez okres PRL i nie ubrudzić się PZPR-em, policją polityczną, czy NSZZ "Solidarność". Być może głównym powodem było to, że ... chciałem być w tych organizacjach, ale na swoich warunkach. Przymierzam się do napisania dłuższego eseju na ten temat, bo do dzisiaj nie rozumiem jak mógł mi wpaść do głowy pomysł zostania agentem "007 zgłoś się"? Oczywiście wtedy, w latach 70. ub.w. nie wiedziałem, że aby być polskim J. Bondem, to wcześniej trzeba zaliczyć PZPR i tajną agenturę. Teraz podejrzewam, że ta moja niewiedza uchroniła mnie przed kompromitacją.


Niestety po wprowadzeniu stanu wojennego władza polityczna i wojskowa wyciągnęła po mnie łapy, i zostałem zmilitaryzowany na swoje i władzy nieszczęście, co opisałem tutaj:
http://anzai.blog.onet.pl/2014/05/27/moje-male-potyczki-z-generalem/
Do rozwodu z mundurem doszło po dwóch latach, bez orzekania winy. W nową III RP wkroczyłem więc dumnie z podniesioną głową, jako nie należący do PZPR, sympatyzujący z "Solidarnością" i pozytywnie, nawet dwukrotnie, zweryfikowany w kontekście "czystości politycznej i moralnej". To otworzyło drogę do awansów zawodowych, biznesowych i politycznych. Otrzymałem kilka propozycji t.zw. "wysokiego szczebla" z których jednak nie skorzystałem.


Czy jestem więc nieudacznikiem, który nie ukradł pierwszego miliona, i nawet nie otworzył biznesu przenosząc się np. ze sprzedaży ulicznej (jak  jeden z największych miliarderów Z. Solorz) na wyżyny kariery politycznej i zawodowej? To pytanie zadawałem sobie często w okresie transformacji systemowej, ale wtedy już byłem ukąszony strzałą Amora. Poprzestałem więc na kontestowaniu tworzonych i łamanych karier zawodowych tych co skorzystali. W nowej III RP nadal kontynuowałem pracę w zawodzie elektronika i pedagoga, jednak potrzeby rynku spowodowały, że oba te zawody musiałem uzupełnić specjalizacjami podyplomowymi. I tak stałem się zalegalizowanym informatykiem. i psychologiem.


Dość miłą odskocznią od pracy zawodowej okazała się praca społeczna. Już pod koniec lat 70. ub.w. zostałem wybrany społecznym inspektorem pracy, a potem ławnikiem, i kuratorem społecznym. Tymi obszarami działalności zajmowałem się do okresu 2006-2012. Gdy już przymierzałem się do przejścia na wcześniejszą emeryturę otrzymałem propozycję podjęcia pracy w wymarzonym zawodzie psychotronika, którą właściwie kontynuuję do chwili obecnej. Nadal też, na zasadzie zleceń zajmuję się grafiką komputerową. Czy zmieniłbym coś, mając możliwość cofnięcia się o 30 lat? Mam nadzieję, iż na to filozoficzne pytanie odpowiemy sobie wspólnie, do czego zapraszam.  


PS. Poniżej pozostawiam niedokończony tekst autora wpisu.                                           
 
                                         

     Tak jak zapowiedziałem w komunikacie z poprzedniego postu, publikuję dziś występ gościnny Anzai. 
Nie będzie to ostry felieton polityczny, dalszy ciąg historii legionowej czy odkrywanie kolejnych tajników artystycznej fotografiki.

     W swym poście Gość ponownie otwiera się przed Wami, nie tracąc przy tym, niekiedy ironicznego, dystansu do siebie!

                                            
                                                           3HD?!!! 

      Mając zaszczyt ponownego wystąpienia na blogu Art Klatera chciałbym podziękować właścicielowi bloga za udostępnienie tego bloga, oraz wszystkim Komentatorom, którzy wzięli udział w tej zabawie i zagościli tutaj, oraz podzielili się swoimi cennymi uwagami. 

     Nie będąc pewnym, czy post konfesyjny jest najlepszym rozwiązaniem w sytuacji - gdy wszystkie dane o mnie opublikowałem na swoich blogach, i można bez problemu do nich dotrzeć - tutaj tylko przypomnę, skomasuję, i uzupełnię niektóre z nich.

Urodziłem się w tym małym niepozornym domku w ostatnich dniach grudnia 1950 r

                                                


Domek, jeden z wielu przeznaczanych do sprzedaży w latach międzywojennych, musieliśmy zasiedlić, aby go nie stracić w myśl nowych przepisów wywłaszczeniowych.


     Przodkowie moi od trzeciego pokolenia mieszkali w Łodzi jednak ich genealogiczne korzenie są bardziej skomplikowane, bo przed powstaniami z 1830 i 1863 r. mieszkali w pobliżu Krakowa, a zmuszeni do ucieczki przenieśli się do Wilna, Lwowa i Warszawy. 
     O tych perypetiach pisałem na blogu "Legiony Polskie".



Zdjęcie poniżej to jedno z wielu publikowanych na moim blogu wg podanych Klaterowi linków.
                                          
Stojący, pierwszy z prawej to mój ojciec. Ze zdjęciem tego domu wiążą się najmilsze wspomnienia i legendy rodzinne, bo tu przebywali wszyscy znani mi osobiście członkowie rodziny.


     Wśród wielu skrajnych zainteresowań (przez wiele lat uprawiałem judo, kulturystykę i ... taniec towarzyski) najdłużej zachowało się zamiłowanie do radioamatorstwa oraz fotografiki. 
     Z pierwszego hobby dorobiłem się podyplomowej specjalizacji, natomiast fotografika przyniosła zupełnie nieoczekiwane rezultaty, bo moich rodziców zaprowadziła ... przed oblicze Sądu Rodzinnego. Piszę o tym tutaj:
                                            


     I tak fotografika skierowała moje zainteresowania w stronę płci pięknej, co spowodowało, że stan "kawalarski" zachowałem aż do 40 roku życia.

     Z oczywistych względów nie publikuję na blogu swoich najlepszych zdjęć, bo te z reguły wystawiane są w innych profesjonalnych miejscach i niestety tam są podpisywane przeze mnie, albo przez wystawców, co kłóci się z moją intencją zachowania anonimowości. 
     Na "foto-anzai" pojawiają się wprawdzie zdjęcia moich dziewczyn i modelek sprzed 1984 r., np. to:

                                           
 
Związane są tematycznie nie z osobą na zdjęciu, a wyłącznie ze profesjonalnymi technikami, tak jak np. tutaj z zagadnieniem oświetlenia motywu zdjęciowego (strzałkami zaznaczyłem kierunek źródeł światła).



      Nie wiem jakim cudem udało mi się (mnie dziecku zaplutych karłów reakcji) przebrnąć przez okres PRL i nie ubrudzić się PZPR, policją polityczną, czy NSZZ "Solidarność".

     Być może głównym powodem było to, że ... chciałem być w tych organizacjach, ale na swoich warunkach.      Przymierzam się do napisania dłuższego eseju na ten temat, bo do dzisiaj nie rozumiem jak mógł mi wpaść do głowy pomysł zostania agentem "007 zgłoś się"? 
     Oczywiście wtedy, w latach 70. ub.w. nie wiedziałem, że aby być polskim J. Bondem, to wcześniej trzeba zaliczyć PZPR i tajną agenturę. Teraz podejrzewam, że ta moja niewiedza uchroniła mnie przed kompromitacją!!! 
     Niestety po wprowadzeniu stanu wojennego władza polityczna i wojskowa wyciągnęła po mnie łapy, i zostałem zmilitaryzowany na swoje i władzy nieszczęście, co opisałem tutaj:


 Do "rozwodu" z mundurem doszło po dwóch latach, bez orzekania winy. W nową III RP wkroczyłem więc dumnie z podniesioną głową, jako nie należący do PZPR, sympatyzujący z "Solidarnością" i pozytywnie, nawet dwukrotnie, zweryfikowany w kontekście "czystości politycznej i moralnej". To otworzyło drogę do awansów zawodowych, biznesowych i politycznych. Otrzymałem kilka propozycji  "wysokiego szczebla" z których jednak nie skorzystałem.  

     Czy jestem więc nieudacznikiem, który nie ukradł pierwszego miliona, i nawet nie otworzył biznesu przenosząc się np. ze sprzedaży ulicznej (jak  jeden z największych miliarderów Z. Solorz) na wyżyny kariery politycznej i zawodowej? 

     To pytanie zadawałem sobie często w okresie transformacji systemowej, ale wtedy już byłem ukąszony strzałą Amora.        Poprzestałem więc na kontestowaniu tworzonych i łamanych karier zawodowych tych, co skorzystali. 

     W nowej III RP nadal kontynuowałem pracę w zawodzie elektronika i pedagoga, jednak potrzeby rynku spowodowały, że oba te zawody musiałem uzupełnić specjalizacjami podyplomowymi. 

     I tak stałem się zalegalizowanym informatykiem i psychologiem.

     Dość miłą odskocznią od pracy zawodowej okazała się praca społeczna. Już pod koniec lat 70. ub.w. zostałem wybrany społecznym inspektorem pracy, a potem ławnikiem, i kuratorem społecznym. Tymi obszarami działalności zajmowałem się do okresu 2006-2012. 
     Gdy już przymierzałem się do przejścia na wcześniejszą emeryturę, otrzymałem propozycję podjęcia pracy w wymarzonym zawodzie psychotronika, którą właściwie kontynuuję do chwili obecnej. Nadal też, na zasadzie zleceń zajmuję się grafiką komputerową. Czy zmieniłbym coś, mając możliwość cofnięcia się o 30 lat? 
      Mam nadzieję, iż na to filozoficzne pytanie odpowiemy sobie wspólnie, do czego zapraszam.


     Ten gościnny post publikuję z największą przyjemnością. Ośmielę się przypomnieć, że tu, na blogspocie, publikowali  i wywiadów udzielali: JaGaHania - MalinkaStokrotkaPKanaliaLeszek Kowalikowski i Piotr z "Mozaiki Rzeczywistości".

     Jeżeli nadarzy się okazja, to warto byłoby przygotować, w niedalekiej przyszłości, post z udziałem wszystkich mych Wspaniałych Gości!

    Byłaby to zabawa przyjemna a pożyteczna! 







    
   


 

46 komentarzy:

  1. ilość posiadanych dutków nigdy nie była dla mnie miarą wartości człowieka, więc pytanie tytułowe nie ma dla mnie żadnego sensu, nawet pojmowane jako surrealistyczna odmiana koanu zen...
    nie widzę natomiast z żadnego zgrzytu w temacie kulturystyka + judo + taniec towarzyski... niejaki Pudzian również uprawiał kulturystykę + kyokushin /takie bardziej hardcore'owe judo/ i w "Tańcu z Gwiazdami" nieźle mu szło... w końcu wszystko sprowadza się do tego, by czuć siebie, znaczy ten cielesny aspekt siebie... miałem zresztą podobnie, tylko z tańców towarzyskich preferowałem pogo...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwestię kasy już chyba wyjaśniłem w erracie. Zgrzytu też nie ma w łączeniu kulturystyki z judo i tańcem, jest nawet dużo podobieństw. Wybrałem jednak te, bo od kursu początkowego przekształciły się w wieloletni trening i zawody (nawet międzynarodowe, chociaż sukcesów żadnych!).
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Z przyjemnością poczytałam c.d.::)Kiedyś człowiek wykształcony był"panisko"Nawet zazdrościli ,chcieli mieć chociaż jednego wykształciucha w rodzinie.Czasami kosztowało to sporo,bo nie każdego było stać ,posłać na studia dzieciaka.No ale jak już poszedł ,to Bogu dziękowali ,że uczony w rodzinie jest::))))Teraz prawie w każdej rodzinie ktoś studiuje,dyplomy ,doktorat.I nikt specjalnie się nie afiszuje ::))No,bo czasy są inne i wymagania też.Kto chce to się uczy ,teraz chęci tylko potrzeba,bo zawsze papier się przyda.Tylko tak się zastanawiam ......Natłok studiujących niesamowity...Ile wiedzy w tym??Ile trafionych zawodów w samą dziesiątkę?...........Kiedyś student wiedział co chce studiować,bo miał o wiele mniej do wyboru..I podchodził do tego poważnie.Dzisiaj "zaczepiają" się np. na psychologię, aby zacząć studia ,a potem łatwiej się przenieść dalej .Nie wiedząc nadal co chcą studiować.Ale jak ma to pomóc w życiu,to trzeba wykrzesać z siebie DYPLOM..By coś sobą reprezentować::)))
    Teraz są studenci tacy, co naprawdę mają sporo wiedzy .
    I są tacy ,byle zaliczyć. Tak myślę. Judo ,kulturystyka ,to są straszne wypociny i naprawdę trzeba brać na klatę spory ciężar.Chodziłam kiedyś z chłopakiem kulturystą ☺jego ciało było jak kamień☺ Nie mogłam się przyzwyczaić ,zostaliśmy znajomymi::)
    natomiast taniec.....to jest to.."leciutko na palcach tańczę z Tobą walca"....."""))))Pozdrawiam nocą::))

    Bardzo fajne fotografie.♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Danusiu! Z tego co piszesz o studiach w PRL wnoszę, że jesteś dużo młodsza ode mnie. Otóż w PRL, jeżeli się miało olej w głowie, a nie sieczkę (tak jak ja ;) ) na studiowaniu można się było nieźle ... dorobić. Wystarczyło tylko dobrze się uczyć, a aż 11 (sł. jedenaście!) stypendiów stało otworem. Ja niestety korzystałem tylko ze stypendium naukowego (tylko pierwszy rok), mieszkaniowego i stołówkowego, a to już dawało oszczędność na kasie ok. 1.600 zł/1970 r. Do tego praca w Spółdzielniach Studenckich, w sumie dla tej kasy wielu rezygnowało ze studiów, biorąc np. urlopy dziekańskie, itp.
      Masz rację, że dyplom a wiedza nabyta to dwie różne sprawy.
      Kulturystykę m.in. zacząłem uprawiać (miałem 13-14 lat), gdy jedna z moich "dziewczyn" zaczęła wzdychać na widok kulturystów. Niestety po latach dowiedziałem się, że jestem jakiś "kwadratowy". No i jak tu z kobietami żyć? ;)
      Ze zdjęciami wyszło nieporozumienie, bo zostały wybrane do zupełnie innych tematów.

      Usuń
  3. Dochodzi godzina czwarta nad ranem gdy na blog wkracza cichutko cierpiąca na bezsenność z powodu straszliwego kataru niejaka Stokrotka.
    Czyta wszystko dokładnie i dwukrotnie i z miejsca zakochuje się w autorze tego tekstu.
    No i co teraz będzie?
    Awantury, rozwody, dzielenie majątku itp.itd.:-) :-)
    Spoko i luzik!
    Moje gratulacje dla Ciebie i dla Gospodarza, że mu się trafił "taki gość".
    Aha - pozazdrościłabym Ci tych wszystkich papierów i umiejętności, gdyby nie to że sama z nie jednego pieca/szkoły/firmy chleb jadłam. A raczej nie jadłam tylko głodowałam.
    Najserdeczniejsze pozdrowienia dla obydwóch Andrzejów.
    A..... psik!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uczucie odwzajemniam, i to nie od dzisiaj.
      Też wkroczyłem na blog i zobaczyłem jaką "kaszanę" Klaterek przygotował, mam nadzieję, że będzie smaczniejsza.
      Rozwód z mundurem już był, dalszych nie planuję, no chyba, że żona wystawi walizki za drzwi. ;)
      Stokrotko nie ma czego zazdrościć, gdy zacząłem studiować, to moi rodzice (te zaplute karły reakcji) gorzej już nie mogli mieć. Ojciec był na rencie chorobowej ok. 600 zł., a mama, studentka ekonomii, zarabiała ok. 900 zł. jako szwaczka. Stąd moja rozległa wiedza o różnych formach stypendiów. ;)
      Serdecznie pozdrawiam.

      Usuń
  4. 21.11.2017 g. 04:46

    U W A G A ! E R R A T A !

    Nie mając innej możliwości wprowadzenia niezbędnych poprawek do opublikowanego tekstu, chciałbym przeprosić tych Czytelników, którzy już zagościli tutaj, ale mogą być zaskoczeni nieścisłościami. A więc:

    1/ Podpisy pod zdjęciami zostały zamienione. Oczywiście urodziłem się w domku na zdjęciu nr 3, a nie nr 2 (ja to ta paskuda w wózku, prawie łysa, jeszcze nie potrafiąca chodzić). Ojca akurat na tym zdjęciu nie ma.

    2/ Chciałbym natomiast urodzić się tym domku zamieszczonym na zdjęciu nr 1. Tutaj faktycznie pierwszy z prawej stoi mój ojciec, który fizycznie nim będzie dopiero za jakieś 12-13 lat. Domek nie był przeznaczony do sprzedaży. To jest typowy szlachecki dworek w którym przejściowo schronili się moi pra ... przodkowie uciekający po powstaniach z 1830 i 1863 r. Nie był też niepozornym domkiem, bo wówczas wejście budowano tak, aby do obszernej sieni mógł wjechać powóz. 4 pokoje x 36 m.kw. na parterze, plus 4 x 12 m.kw. na poddaszu to też całkiem niezły metraż.

    3/ Zdjęcie nr 1 opublikowałem na blogu chcąc ukazać techniki kolorowania jakie były dostępne jeszcze przed wynalezieniem Photoshopa "dla ubogich". Gdybym miał je zamieścić jak dowód "macho'izmu" to prawdopodobnie bym zaproponował jedno z tych, gdzie udało mi się podbić serce znanej aktorki i modelki z lat 90. ub.w., ale takich prezentacji nie lubię i nie stosuję. Podobnie jest ze zdjęciem nr 4.

    Nie miałem wpływu (scedowałem to na Art Klatera) na wybór tytułów do obu postów, więc z rozbawieniem kontempluję oba tytuły nadane przez Art Klatera. Do bycia fighterem, ani macho jednak się nie poczuwam. Także pytanie zadane w tekście "Czy jestem nieudacznikiem?" odnosiło się nie do kasiory (bo tu powoli finansują się spadki po przodkach w Polsce i za granicą) tylko stanowisk i władzy stąd wynikającej.

    Oczywiście oba tytuły zostały wybrane zapewne dla podniesienia atrakcyjności tekstu, ale równie dobrze można było ten post prowokacyjnie zatytułować: "Jak nie zostałem SB-kiem". Wówczas jednak nie wiedziałem, że aby zostać J. Bondem trzeba było pierw czeladnikować w PZPR, TW, milicji, i ... SB. Ja chciałem od razu być Bondem ... i nie wyszło. Dzięki temu jednak zyskałem błogi spokój nie będąc nagabywanym przez policje polityczne obu systemów PRL i III RP.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, cóż, post mego Gościa redagowałem w pośpiechu i stąd wzięły się te niefortunne lapsusy! Serdecznie przepraszam za to zarówno Gościa jak i Komentatorów!

      Usuń
    2. Andrzeju, nie ma się za co przepraszać. Więcej w tym winy po mojej stronie.
      Wybrałeś te zdjęcia, które pojawiły się na blogu nie dlatego, że "coś tam, coś tam" przedstawiały, tylko z uwagi na klimat jaki ze sobą niosły.
      To zdjęcie z domkiem i naniesionymi kolorowymi prostokątami jest tego klasycznym przykładem. To co w ramce pomarańczowej było wywołane w kilku egz. i rozpowszechnione w rodzinie. Gdy jednak po 50 latach zobaczyłem cały negatyw, to z tyłu wyłonił się mój dziecinny plac zabaw (niebieska ramka). To tam po deszczach pokazywał się strumyk, tam pływały małe rybki, i tam (w tym kociołku) zbieraliśmy wodę deszczową. Przecież tego zdjęcia "coś tam, coś tam" nie da się opisać jednym zdaniem, ale umieszczenie w kontekście szerszego opisu już ma sens.
      Podobnie jest z pozostałym zdjęciami, ale nie będę przynudzał, bo co to kogo interesuje. Nie zrozumieliśmy się, i jest weselej.

      Usuń
    3. Pięknie, Andrzeju, rozwinąłeś wobec mnie szlachetną i klasyczną formułę: "Ego te absolvo...
      Idę zatem i postaram się nie grzeszyć więcej!

      Usuń
  5. Wykształcony i do tego przystojny - to nie moze być prawda! ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to nie jest prawda :( Mam już ponad 30 lat więcej, i nieźle rozwinął się AW/F, ale nadal się nie poddaję. ;)

      Usuń
  6. Takiego życiorysu nie ma się co wstydzić. Spełnione zawodowe pasje, szczęśliwe ugodzenie od amora... Pewnie, że brak willi z basenem czasem uwiera, ale cóż to jest wobec zdobyczy intelektualnych i braku "ubrudzenia" polityczną działalnością? Fajnie jest mieć takiego znajomego😆

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten amor to wariat jakiś, strzelał i strzelał, czułem się jak krawiecka poduszka na igły. A i teraz często się przymierza. Willę mam, przynajmniej w marzeniach jest b. podobna do tej, którą mieliśmy do 1962 r. zanim nas wywłaszczono"
      http://anzai.blog.onet.pl/2013/12/21/wigilie-w-domach-ktorych-juz-nie-ma/
      A i basen jest, co prawda gumowy, ale można w nim poleżeć, byle nie za długo, bo trochę przecieka. ;)

      Usuń
  7. Hehe, Maradag - podejrzewam, że prawda. Jęsli chodzi o przystojność:))
    Tak na poważnie jeśli cgodzi o studia w PRL to Andrzej ma rację bo ja co prawda sama nie studiowałam (kretynka jedna ) to z róznymi studentami miałam żywy kontakt. I wiem ,że spółdzielnie studenckie dawały życ nawet lepiej niż niejednokrotnie zarabiający szaraczek nie studiujący....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reniu, nie buntuj Maradag, każdy ma prawo do swoich wyobrażeń. ;
      Czy spółdzielnie studenckie "dawały żyć"? Ja z doskoku pracowałem w "Puchatku" dorabiając na naprawie telewizorów i często marzyłem, aby tu zostać na stałe. Niestety spółdzielnie sprawdzały status studenta i trudno było utrzymać się tutaj dłużej jak parę lat po studiach. Ale były to piękne czasy "napraw u klienta", bo student, to był student ... naprawiał nie tylko telewizory, ale i stosunki małżeńskie. ;)

      Usuń
    2. Gdy o wykształceniu mowa, to może warto wspomnieć dowcip z tamtych czasów zawierający się w rozszyfrowaniu znanych skrótów: mgr inż.
      W czasach wczesnego PRL -u oznaczało to:
      m - oże; g...o; r -obić; i n-ieźle; ż-yć
      Po przemianach czytać należało wspak:
      ż-ebyś; n-iewiem; i-le; r-obił, g-..no; m-asz
      Liczyło się zupełnie coś innego niż wiedza

      Usuń
    3. Witam tatulu.
      Przypomniała mi się taka stara anegdota z sali sądowej, gdzie oskarżony o bezprawne używanie tytułu "mgr" bronił się twierdząc, że ten skrót oznaczał w jego przypadku - magazynier.

      Usuń
  8. Judo i kulturystyka? Tyle pasji w jednym człowieku to na kilka życiorysów starczy, a spałeś czasami?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, że spałem! Od czego były wykłady?
      Tak na serio to chyba nigdy bym nie ciągnął tak długo tych zainteresowań, gdyby nie ... studia. W PRL olbrzymią wagę przykładano do sportu. Jeżeli ktoś się zapisał do jakiejś sekcji, to miał fory na WF-ie i Studium Wojskowym, nie musiał też chodzić na przedmioty polityczne (a były takie, były!). Ci którzy osiągali sukcesy poza uczelnią i przywozili jakieś dyplomy nadające się do powieszenia w gabinecie kogoś tam d.s. sportu mogli liczyć na jeszcze więcej. I tym właśnie zostałem zdemoralizowany do cna. ;)

      Usuń
    2. Sama chodziłam na zajęcia z Wojska i na ekonomię polityczną, zgroza!
      A miliony? W głowie od nich nie przybywa...

      Usuń
    3. Z egzaminu "Ekonomia polityczna" można było się wymigać, jak ktoś ukończył WUML, a taki dyplom można było łatwo uzyskać nawet na "pchlim targu". Myślę, że wykładowcy wiedzieli o tym.
      Tytuł postu (Czy jestem więc nieudacznikiem, który nie ukradł pierwszego miliona?!!!) jest bardzo mylący, bo wyrwany nie tylko z kontekstu, ale i z całego zdania. W rzeczywistości nie chodziło tylko o pieniądze, ale stanowiska i władzę.

      Usuń
  9. Klik dobry:)
    A ja uważam odwrotnie. Kradną właśnie nieudacznicy, którym na zdobycze naukowe i materialne inną drogą piątej klepki zabrakło. Tak więc po mojemu tytuł by brzmiał: nie ukradłem miliona, bo nie jestem nieudacznikiem,o!

    Część amorowa życia zbyt lakonicznie opisana i wymaga rozwinięcia, o! ;) :)

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Praktycznie post odnosi się do całego mojego 66-letniego okresu życia. Nie bardzo więc wiem, czemu akurat 2-letnia epoka, pod hasłem "Róbta co chceta..." stała się tytułowym pytaniem? Wprawdzie pytanie sam sobie zadałem, ale było ono częścią zdania, zdanie częścią kontekstu, a kontekst zaproszeniem do dyskusji na ten temat.
      Chyba masz rację, że kradną właśnie nieudacznicy ... ja bym złośliwie jeszcze dodał, że tacy, którzy sami nawet nie potrafią ukraść.
      Część amorową chętnie bym rozwinął, ale krępuje mnie tytuł postu, bo na tej płaszczyźnie (czasem na stojąco) były same sukcesy. :-D

      Usuń
    2. Twemu postowi nadałem włąśnie taki tytuł, bo był on nie tylko przewrotny, ale także nieco prowokacyjny, choć przyznaję, że wyrwany z kontekstu!
      Quod erat demonstrandum...

      Usuń
    3. Ależ mnie tytuł bardzo się podoba, tylko zadziwia mnie ten wyraz "więc". Starałem się bowiem we wstępie kontekstu wyczerpująco naświetlić tło, aby potem zapytać się czy "więc" (w tym kontekście) jestem nieudacznikiem? Bez tła, wyraz "więc" jest tak samo potrzebny jak wrzód na doopie. Ale może się mylę, wszak to nie ja jestem polonistą.
      Rozumiem natomiast, że edytor blogspota zaczął się "zacinać" w trakcie kreowania postu i stąd te niespodzianki. Sposób ich usunięcia podałem Ci w e-mailu, trzeba tylko to robić ostrożnie, aby nie usunąć całego postu razem z komentarzami.

      Usuń
  10. PS. Poprzedni post także przeczytałam. Nie skomentowałam, bo tam już ponad 140 komentarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak trudno było się wcisnąć między wierszyki. ;)

      Usuń
  11. Tyle pasji w jednej osobie? Rany, czuję, że powinnam zacząć coś ze sobą robić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwróćmy sytuację: Jesteś wśród wielu osób, które mają jedną pasję - internet. Nic nie rób, pozostań z nami. ;)

      Usuń
    2. Aż tak źle ze mną nie jest! :D

      Usuń
    3. No pewnie, że nie ... lepiej być w grupie niż indywidualnie. ;)
      Pozdrawiam ☺ ♥ Andrzej Rawicz (Anzai)

      Usuń
  12. Przeczytałem z zainteresowaniem i pewnym zozrzewnieniem. Przypomniał mi się mój "benefis" tu, u Andrzeja.
    Czytałem wszystkich jego gości.
    Człowiek nie ma czasu, by z każdego odwiedzanego bloga robić wycieczki na blogi komentatorów. Ilośc blogów do przeczytania wzrastałaby w postępie geometrycznym.
    Dlatego jestem wdzięczny Klaterkowi za te prezentacje.
    Swoją drogą z pewnym zaskoczeniem odkryłem, że grono "komentariatu" to nie klony autorów blogów. Chociaż czują się i są traktowani jak "przyjaciele domu", to jednak jest zbiór indywidualistów.
    I to nadaje sensu prowadzeniu bloga.

    Klaterku, zachwycił mnie Twój pomysł by zebrać "do kupy" dotychczasowych gości. Tylko nie wiem ja technicznie mogłoby to być rozwiązane. Ja bowiem, widziałbym to jako formę panelu dyskusyjnego. Ale chyba spotkanie wszystkich face too face w jednym miejscu i jednym czasie jest raczej niemożliwe. Może ktoś (Anzai?!!) utworzyłby stronę otwartą tylko dla uczestników panelu? Klaterek byłby moderatorem i edytorem. Efekt takiego panelu opublikowany już na normalnym blogu byłby chyba bardzo ciekawy.
    Pozdrowienia dla obu Andrzejów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Leszku.
      Ja jestem jak najbardziej za. To byłby ciekawy event. Ale coś mi się wydaje, że u Klaterka było więcej gości zapraszanych do postu i tu występujących, chociażby ostatnio "jaskółka". Nie chodzi nam przecież o t.zw. "mizianie się", ale o zdrową wymianę kontrowersyjnych poglądów i potwierdzenie tego, że jednak coś nas łączy. A może taka strona redakcyjna? Każdy z nas przecież coś innego preferuje na swoim blogu ...
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Swego czasu proponowałem Leszkowi utworzenie nowego blogu pod hasłem W.A.S.P.
      Rozwinięcie tego angielskiego akronimu (White, Anglo - Saxon, Protestant) w moim pomyśle byłoby zupełnie inne - Wielkopańska Asocjacja Starych Pierdzieli.
      Aby ewentualnych współzałożycieli nie posądzać o seksizm, to proponowałbym tu osobną lożę pod czytelnym hasłem "BUDUAR".
      Chwilowo mam prawie patową sytuację zdrowotną, lecz z czasem, mam nadzieję, wszystko jakoś się ułoży.

      Usuń
    3. W swoim czasie, Leszku, być może uda się ten pomysł wprowadzić w życie!

      Usuń
  13. Andrzeju i Andrzeju, jesteście wprost niesamowici! Tak, po prostu. Podziwiam. Tą ciekawość świata, różnych dziedzin i ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję również w imieniu Klaterka, który prawdopodobnie Andrzejki spędzi jeszcze w szpitalu.

      Usuń
    2. Jeszcze w niezbyt dobrej kondycji siedzę w domu i czekam na informację ze szpitala!
      "Andrzejki" spędzam b. skromnie w towarzystwie Księżnej Małżonki i psiuńci Toli!
      ukłony














































      spędzam

      Usuń
    3. @Andrzej Rawicz
      Wszystkiego Nieoczekiwanego oraz samych Wspaniałości, Imienniku Przezacny!

      Usuń
    4. Miły Andrzeju!
      Jako, że jestem przezorny, życzę Ci tego samego czego Ty mi życzysz x2

      Pozdrawiam ☺

      Usuń
  14. Drogi Andrzeju R, z wielką przyjemnością przeczytałam post i żałuję, że moja niepełnosprawność uniemożliwia mi spełnienie pragnienia osobistego spotkania z Tobą. Jesteś bardzo interesującym człowiekiem, chociaż ja o fotografii, psychologii i elektronice nie mam pojęcia, to wierzę, że znalazłyby się tematy, na które moglibyśmy podyskutować. Serdecznie pozdrawiam, życzenia imieninowe przekazałam na "Bez komentarza".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Iwonko. Serdecznie dziękuję za życzenia i wyrazy uznania (pewno niezasłużone). Ja też niezbyt chętnie dyskutuję o "fotografii, psychologii i elektronice", chociaż to moje główne zawody. Dlatego lubię blog historyczny "Legiony Polskie" , który jest taką sagą rodzinną. Na razie zatrzymałem się w latach 1936-1937, ale jest to historia życiem pisana do 1978 r., czyli do chwili śmierci mojego stryja/dziadka Juliana. Zapraszam.

      Pozdrawiam ☺ ♥

      Usuń
  15. Kochany Klaterku z okazji Imienin przesyłam:
    MILIONY BUZIAKÓW,
    TYSIĄCE UŚMIECHÓW,
    ŻAŁUJĘ,ŻE JESTEM ZA STARA,
    BY NAMÓWIĆ CIĘ DO GRZECHU.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najserdeczniej dziękuję, Iwonko Kochana! Wprawdzie hanysy nie obchodzą imienin (wylącznie gyburstak czyli urodziny), jednakże tu zawsze robiłem wyjątek!
      Co do wiadomego grzechu, to, owszem, grzeszę, ale jedynie myślą i zaniechaniem!
      całuski

      Usuń
  16. Dziękuję, Andrzeju, za niezbędną korektę!

    OdpowiedzUsuń